In Englisch In Italiano Auf Deutsch
Dom Pielgrzyma im. Św. Józefa
Dołącz do nas na Facebook'u

https://www.swietyjozef.kalisz.pl/main/dachau.gif

Bł. ks. Marian Konopiński (1907-1943)

Bł. ks. Marian KonopińskiKonopiński Marian - ks. kpt. rez., urodzony 10 września 1907 w miejscowości Kluczewo pow. Szamotuły, kapłan archidiecezji poznańskiej, wikariusz kościoła św. Michała Archanioła w Poznaniu - 28 kwietnia 1939 mianowany kapitanem rezerwy - 1 września zgłosił się ochotniczo do Wojska Polskiego; przydzielony jako kapelan do XV Pułku Ułanów Poznańskich, brał udział w walkach nad Bzurą i w obronie Warszawy. Po kapitulacji został odtransportowany do obozu jenieckiego na terenie Niemiec (oflag Xb nr 2), skąd w maju 1940 został zwolniony z pogwałceniem konwencji genewskiej natychmiast aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie został poddany pseudomedycznym eksperymentom (sztuczna flegmona) - zmarł jako ofiara zbrodniczych prób 1 stycznia 1943 roku.

Beatyfikowany przez Jana Pawła II wraz z grupą 108 męczenników Kościoła (Warszawa, 13 czerwca 1999 rok).

 


Urodził się w 1907 r. we wsi Kluczewo (parafia pw. Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej w Ostrorogu, powiat szamotulski, naówczas w zaborze pruskim, dziś w województwie wielkopolskim) w rodzinie kowala Walentego i Weroniki, z domu Dobierskiej. Był najstarszym z pięciorga rodzeństwa.

Szkołę podstawową – jeszcze wówczas niemiecką - do której codziennie musiał 4 km maszerować, ukończył w Szczepankowie. Po trzech latach przeniósł się do szkoły realnej we Wronkach (ok. 3 km pieszo do stacji kolejowej w Pęckowie, a gdy nie pasowało 10 km pieszo, w jedną stronę). I to także była szkoła niemiecka – więcej, na jej terenie nie wolno było używać języka polskiego!

Wreszcie, już w wolnej Rzeczypospolitej, w 1919 r., przeniósł się do humanistycznego Progimnazjum im. Piotra Skargi (dziś Zespół Szkół nr 1 - Gimnazjum i Liceum im. ks. P. Skargi) w Szamotułach, dokąd również dojeżdżał pociągiem. Szkoła była płatna, ale Marian swoimi wynikami nauki uzyskał znaczące obniżenie czesnego, co pomogło w kształceniu się całej piątki dzieci Walentego i Weroniki. Gimnazjum ukończył w 1927 r. egzaminem dojrzałości - z wyróżnieniem.

Mieszkał już wtedy w Lulinie, po drugiej stronie Szamotuł, dokąd przeniosła się rodzina Konopińskich, gdy pracodawca Walentego w Kluczewie, któremu nie podobało się, iż cała piątka dzieci się uczy, zwolnił go z posady.

Zaraz po maturze wstąpił do seminarium duchownego w Gnieźnie. Później, w trakcie studiów, przeniósł się do seminarium poznańskiego.

Święcenia kapłańskie otrzymał w 1932 r. z rąk Augusta kard. Hlonda, Prymasa Polski.

Na obrazku z prymicji, które odprawił w parafialnym kościele w Żydowie (6 km od Lulina), umieścił dwa przesłania:

Idźcie posłusznie drogą, którą was Bóg prowadzi”, oraz

Daj, o Boże, aby wszystkie dusze złączyły się w prawdzie, a serca w miłości”.

Początkowo, przez 3 lata, był wikariuszem w parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej (kościół farny) w Ostrzeszowie i prefektem w miejscowym Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim, szkolącym polską kadrę nauczycielską. Opiekował się w tym czasie jedną ze swoich młodszych sióstr, która dzięki temu zdała maturę w tamtejszym gimnazjum

W 1935 r. został wikariuszem w poznańskiej parafii Bożego Ciała, a potem w 1938 r. w parafii św. Michała Archanioła. Opiekował się Stowarzyszeniem Młodych Polek. W szczególności jednakże w Poznaniu zasłynął ze wspaniałych kazań (ich teksty, które skrupulatnie przygotowywał, spłonęły w czasie wojny). Podjął też studia socjologii na wydziale nauk społecznych Uniwersytetu Poznańskiego (dziś Uniwersytet im. Adama Mickiewicza). Władze duchowne proponowały mu podjęcie studiów na katolickim uniwersytecie w Louvain w Belgii, ale odmówił: jego dwie młodsze siostry studiowały w Poznaniu i mieszkały z bratem, który także częściowo je utrzymywał, oznaczałoby to zatem konieczność przerwania ich edukacji – rodzinę nie stać było bowiem na wynajęcie osobnego mieszkania w mieście…

Jedną z owych sióstr była Zofia, matka znanej pisarki Małgorzaty Musierowicz i poety Stanisława Barańczaka. Musierowicz, w swoich wspomnieniach rodzinnych, pisała: „jaki był z [ks. Mariana] żartowniś, jaki był dowcipny, jakie figle płatał rodzeństwu, jak lubił się śmiać”. Z wakacji spędzonych na Huculszczyźnie wysyłał siostrom krótkie, oschłe komunikaty typu: „Zamykajcie okna i drzwi”, lub łac. „Quidquid agis, prudenter agas et respice finem!” (pl. „cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i zważaj na koniec”).

Tuż przed II wojną światową, 28.iv.1939 r., został mianowany kapitanem rezerwy, a po niemieckiej agresji, 1.IX, zgłosił się ochotniczo do Wojska Polskiego. Został kapelanem 15 Pułku Ułanów Poznańskich, biorąc udział w całym jego szlaku bojowym aż do kapitulacji 28.ix – tego samego dnia padła Warszawa: m.in. brał udział w walkach nad Bzurą i w obronie stolicy. Do końca wspomagał duchowo walczących, chroniąc przed załamaniem, a także pomagając lekarzowi pułkowemu. Internowany przez Niemców trafił do oficerskiego – kapelani mieli szarże oficerskie - obozu jenieckiego Oflag X B nr 2 Nienburg (Weser), w Dolnej Saksonii, na terenie Niemiec.

Formalnie „zwolniono” go stamtąd w V.1940 r. Nie wypuszczono go wszelako na wolność – natychmiast bowiem formalnie go „aresztowano”. W ten sposób niemiecka machina zbrodni próbowała, w niektórych przypadkach – w szczególności wobec kapelanów wojskowych, obejść ustalenia konwencji genewskiej, nakładające specjalne zobowiązania walczącym stronom w stosunku do pojmanych żołnierzy i oficerów strony przeciwnej. Konwencja obejmowała żołnierzy – ale nie aresztantów.

Przewieziono go więc - na krótko - do obozu w Hamburgu - zapewne był to obóz koncentracyjny (niem. Konzentrationslager) Neuengamme - w którym wykorzystywano niewolniczą pracę ofiar przy produkcji cegieł i dachówek. By ułatwić transport materiałów więźniów zmuszano do kopania kanału łączącego obóz z portem…

Stamtąd w VI.1940 r. przewieziony został do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Dachau. Na lewym przedramieniu wytatuowano mu numer obozowy - 26065.

W Dachau umieszczono go na specjalnym bloku (oddziale) no28, na którym przytrzymywano tysiące polskich kapłanów. Początkowo dobrze znosił trudy pracy obozowej – głównie na okolicznych polach i plantacjach, przy transporcie towarów, a zimą przy uprzątaniu śniegu - i pomagał starszym kapłanom. Rok 1941 nie był jeszcze najgorszy – więźniom, kapłanom, dozwalano nawet na odprawianie Mszy św. w obozowej kaplicy.

Aż do 18.IX.1941 r., gdy zaproponowano polskim kapłanom zapisanie się na listę narodowości niemieckiej – w zamian za przywileje obozowe. Nikt nie zdradził – tę postawę warto przypomnieć dziś, gdy często zapomina się o genezie powojennej polskiej republiki sowieckiej i elity przez nią wykreowanej – w prostej linii mających swe początki w zdradzie polskości przez przyjmujących obywatelstwo sowieckie w latach 1939-41. W odpowiedzi Niemcy cofnęli przywileje już istniejące: nie wolno było odprawiać Mszy św., odmawiać brewiarza, modlić się i mieć przy sobie jakiegokolwiek przedmiotu kultu religijnego, zakazano niesienia pomocy duchowej umierającym. Zmuszono duchownych do niewolniczej pracy, w rezultacie której do Pana zaczęło odchodzić coraz więcej wycieńczonych, z wyczerpania i głodu, polskich kapłanów. Zaczęto ich także wykorzystywać jako „obiekty” badań pseudo-medycznych…

Marian jeszcze w X.1942 r. pisał do rodziny z prośbą o niem. „ein grosser Bauerbrot” - wielki bochen wiejskiego chleba, a już miesiąc później, 26.xi.1942 r., został wyznaczony, jako jeden z 20 kapłanów (18 polskich, 1 holenderski i 1 czeski), do pseudo-medycznych eksperymentów prowadzonych przez niemieckich „lekarzy” i „naukowców” z ropowicą (łac. phlegmone). Kierował nimi niejaki prof. Ernest Robert (niem. Ernst Robert) von Grawitz (w 1945 r. popełnił samobójstwo), a bezpośredni nadzór nad nimi pełnił dr Henryk Emil (niem. Heinrich Emil) Schütz (przed sądem stanął dopiero w 1975 r.).

Wszystkim wstrzyknięto zarazki ropotwórcze, określane mianem „prolina”. Czterech kapłanów nie leczono w ogóle. Pozostałych podzielono na 2 grupy, po 8 osób. Jedni otrzymywali lekarstwa homeopatyczne, których zwolennikiem był sam szef SS Heinrich Himmler, drudzy – sulfonamid…

Ks. Marian znalazł się w grupie, którą 2.XII.1942 r. zmuszono do spożycia jakiś pastylek homeopatycznych. Skrupulatnie, po niemiecku, co dwa dni pobierano krew i dokonywano ogólnego badania. Wyniki przesyłano do Głównego Urzędu Zdrowia w Berlinie…

Wszystkie ofiary przeszły przez liczne „zabiegi” i „operacje” (nacięcia, odsączania ropy, etc.) - przeprowadzał je inny więzień, Alfons Czarkowski (1912 - 2000, Chicago). Nie pomogło - stan ks. Mariana stał się krytyczny…

Świadek jego cierpień i śmierci zapisał: „Ks. Marian był zjednoczony z Bogiem na modlitwie. Codziennie przez pierwsze dni odmawialiśmy różaniec w różnych intencjach. Ale po kilku dniach nasilenia choroby i ten ustał. Modlitwa jego ograniczała się tylko do pobożnych westchnień, ofiarowania cierpień Boguks. Henryk Kaliszan.

Świadom swego stanu Marian powtarzał tylko: „Niech się dzieje wola Boża”. 27.XII.1942 r. rozpoczęła się agonia. Leżący obok ks. Henryk Kaliszan (1911, Essen - 2001, Oborniki) wyspowiadał ks. Mariana, udzielił mu wiatyku i ostatniego namaszczenia. Marian udzielił tych samych sakramentów ks. Kaliszanowi (Hostii i olei świętych dostarczył im potajemnie, z kaplicy obozowej, do której Polacy nie mieli dostępu, niemiecki kapłan, ks. Steinkelde). Obaj kapłani uścisnęli sobie dłonie, po czym Marian powiedział: „Do zobaczenia w niebie”…

Natomiast ks. Franciszek Antoni Kopeć (1892, Sarnowa – 1963, Lubasz), proboszcz Bytynia, którego leczono sulfamidem, wspominał później, że ks. Marian w malignie przed śmiercią opowiadał, jak jedzie do domu, do rodziców, do pracy w kościele… W przebłysku świadomości zapraszał i innych do tej podróży…

28.XII stracił przytomność. Do Pana odszedł cztery dni później, 1.I.1943 r.…

Jego matka wspominała później, że tego dnia, o w pół do drugiej w nocy, dokładnie w momencie śmierci syna, krzyknęła i obudziła się, wiele setek kilometrów od Dachau: „Pytali mnie: co mi się stało, a ja bez słowa położyłam głowę i spałam dalej”… Z grupy, którą leczono sulfonamidem (podawanym w formie m.in. leków o nazwie tabcin albo Tibetin), wszyscy mieli przeżyć. Natomiast „leczenia” lekami homeopatycznymi nie przeżył nikt, oprócz młodego wówczas kleryka Kazimierza Jana Majdańskiego (1916, Małgowo – 2007, Łomianki), późniejszego arcybiskupa, i wspomnianego Henryka Kaliszana. Czterech nieleczonych kapłanów również umarło. Wśród zmarłych, oprócz ks. Mariana, byli następujący kapłani: jezuita Stanisław Bukowy (1910 - 1942, Dachau), Mieczysław Janecki (zm. 1942, Dachau), Józef Kocot, jezuita Czesław Sejbuk (1906, Małożewo – 1943, Dachau), Marian Stopczak (1904, Nowy Sącz – 1942, Dachau), Stanisław Kołodziej (1907, Bączal Górny – 1942, Dachau), Ludwik Leśniewicz (1904, Bukowiec – 1942, Dachau), Tomasz Lis (1909 – 1942, Dachau), pastor holenderski Jan Wilhelm (hol. Jan Willem) Tundermann (zm. 1942, Dachau) i kapłan czeski Jarosław (czes. Jaroslav) Zamečnik (zm. 1942, Dachau).

Nie wszyscy Niemcy byli nieczułymi zbrodniarzami. Według relacji Małgorzaty Musierowicz matka ks. Mariana miała opowiadać, że w wyniku „eksperymentów” umarło kilku polskich kapłanów, natomiast pozostałych uratować miał pielęgniarz – Niemiec – przy pomocy jakiś leków i zastrzyków, które ukradł. Udało mu się to, bo akurat w obozie wybuchła epidemia tyfusu i zbrodniarze niemieccy bali się przychodzić do baraku szpitalnego… Bezpośredni świadek, bp Majdański wspominał o dwóch Niemcach, pielęgniarzach, którzy podczas „doświadczeń” byli mu, i innym ofiarom, przychylni i pomagali: Hermannie, który podał Majdańskiemu leki uśmierzające ból, i - szczególnie - starszym pielęgniarzu Henryku (niem. Heinrich) Stöhrze (1904, Weißenburg – 1958, Treuchtlingen), protestanckim więźniu, zwanym w obozie Heini, który sabotując wręcz zbrodnicze „eksperymenty” podał potajemnie ks. Majdańskiemu ratujący życie sulfonamid, fałszując przy okazji dokumentację.

„Doświadczenia” z ropowicą objęły w sumie (w kilku turach) ok. 40 polskich kapłanów przetrzymywanych w Dachau. Wcześniejszych, niż na ks. Marianie, „eksperymentów” nie przeżył m.in. ks. Józef Stabrawa (1881, Królówka – 1942, Dachau) i pastor ewangelicki Aleksander Falzman (1887, Łódź – 1942, Dachau).

Przeżyli natomiast, poza już wspomnianymi: Franciszkiem Antonim Kopciem, Henrykiem Kaliszanem i Kazimierzem Majdańskim, także: Stefan Natorski, kapucyn; Wacław Sitek; o. Kasjan Stanisław Wolak (1913, Pławo – 1973, Brisbane), kapucyn; Stefan Bączyk (ur. 1909, Bochum); Leopold Biłko (1892, Końska – 1955, Orłowa); Marian Suski (ur. 1909, Brzeźnica); Henryk Demrych; ks. Stępień; Stanisław Świerczek (1914, Krzemienica – 1991, Pabianice).

Ciało Mariana zostało spalone w miejskim krematorium w Dachau. W oficjalnym piśmie poinformowano rodzinę, iż miało to miejsce 5.I.1943 r., i że ks. Marian zmarł z powodu „ropowicy prawego uda”.

Beatyfikował go papież Jan Paweł II w Warszawie 13.VI.1999 r. w grupie 108 polskich męczenników niemieckiego terroru II wojny światowej. Rok później, 7.V.2000 r., w rzymskim Koloseum, podczas nabożeństwa ku czci męczenników XX wieku Jan Paweł II powiedział:

»Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują  was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie…«Mt 5, 11-12.

Jakże te słowa Chrystusa odnoszą się do niezliczonych świadków wiary minionego wieku, znieważanych i prześladowanych, lecz nie ulegających nigdy siłom zła! Tam, gdzie nienawiść zdawała się burzyć całe życie bez możliwości wymknięcia się spod jego logiki, oni wykazywali, że ‘miłość jest silniejsza od śmierci’.

W strasznych systemach ucisku, które zniekształcały człowieka, w miejscach cierpień, wśród bardzo srogich wyrzeczeń, przez bezsensowne marsze, wystawieni na zimno, głód i tortury, wystawieni na wszelkie rodzaje cierpień, przedziwnie okazywali silne przywiązanie do Chrystusa zmarłego i zmartwychwstałego…

Marian Konopiński do końca wytrwał przy swoim Panu. I otrzymał nagrodę wieczną.

Prowadziłeś ich, Boże, tą drogą,
Słudzy Twoi tak posłusznie nią szli.
Prowadziłeś ich w mękę i trwogę,
Wypełniłeś im grozą wszystkie dni.

Prowadziłeś przez straszne więzienia,
Przez cierpienia, przez obozy i front.
Prowadziłeś na próbę sumienia,
Sprawdzian wiary, męczeństwo i na zgon.

W imię Twoje szli tam, gdzieś prowadził:
Do Twych wrogów - z posłaniem świętości.
Ty połączysz wszystkie dusze w Prawdzie,
Wszystkie serca połączysz w miłości.

 

Wykorzystano materiały ze strony: http://www.swzygmunt.knc.pl/