In Englisch In Italiano Auf Deutsch
Dom Pielgrzyma im. Św. Józefa
Dołącz do nas na Facebook'u
Powr?do strony g?wnej
Więźniowie Dachau
Uratowani przez św. Józefa
Pielgrzymowanie księży, byłych więźniów Dachau, do św. Józefa Kaliskiego
Wejdź do kaplicy męczeństwa i wdzięczności
Akt oddania się w opiekę św. Józefowi
Błogosławieni męczennicy
Wspomnienia z Dachau
Dowiedz się więcej
Aktualności
O Sanktuarium
Historia Sanktuarium
Kult św. Józefa
Relikwie
Zabytki
Skarbiec
Tablice pamiątkowe
Świadectwa
Modlitwy
Biblioteka św. Józefa
Więźniowie Dachau
Jan Paweł II w Kaliszu
Homilie Biskupa Kaliskiego
Rozmowy z Kustoszem
Stały konfesjonał
Pielgrzymki
Dom Pielgrzyma
Dane teleadresowe
Grupy Duszpasterskie
Intencje mszalne
Ogłoszenia duszpasterskie
Porządek nabożeństw
Posługa sakramentalna
Usługi pogrzebowe
Kapłani o pracownicy
Kapituła
Pielgrzymki i wyjazdy z parafii
Galeria
Rodzina Św. Józefa
Pierwsze Czwartki u Św. Józefa
Bł. Edmund Bojanowski
Otoczmy troską życie
 
https://www.swietyjozef.kalisz.pl/main/dachau.gif

Bł. ks. Marian Konopiński (1907-1943)

Bł. ks. Marian KonopińskiKonopiński Marian - ks. kpt. rez., urodzony 10 września 1907 w miejscowości Kluczewo pow. Szamotuły, kapłan archidiecezji poznańskiej, wikariusz kościoła św. Michała Archanioła w Poznaniu - 28 kwietnia 1939 mianowany kapitanem rezerwy - 1 września zgłosił się ochotniczo do Wojska Polskiego; przydzielony jako kapelan do XV Pułku Ułanów Poznańskich, brał udział w walkach nad Bzurą i w obronie Warszawy. Po kapitulacji został odtransportowany do obozu jenieckiego na terenie Niemiec (oflag Xb nr 2), skąd w maju 1940 został zwolniony z pogwałceniem konwencji genewskiej natychmiast aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie został poddany pseudomedycznym eksperymentom (sztuczna flegmona) - zmarł jako ofiara zbrodniczych prób 1 stycznia 1943 roku.

Beatyfikowany przez Jana Pawła II wraz z grupą 108 męczenników Kościoła (Warszawa, 13 czerwca 1999 rok).

 


Urodził się w 1907 r. we wsi Kluczewo (parafia pw. Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej w Ostrorogu, powiat szamotulski, naówczas w zaborze pruskim, dziś w województwie wielkopolskim) w rodzinie kowala Walentego i Weroniki, z domu Dobierskiej. Był najstarszym z pięciorga rodzeństwa.

Szkołę podstawową – jeszcze wówczas niemiecką - do której codziennie musiał 4 km maszerować, ukończył w Szczepankowie. Po trzech latach przeniósł się do szkoły realnej we Wronkach (ok. 3 km pieszo do stacji kolejowej w Pęckowie, a gdy nie pasowało 10 km pieszo, w jedną stronę). I to także była szkoła niemiecka – więcej, na jej terenie nie wolno było używać języka polskiego!

Wreszcie, już w wolnej Rzeczypospolitej, w 1919 r., przeniósł się do humanistycznego Progimnazjum im. Piotra Skargi (dziś Zespół Szkół nr 1 - Gimnazjum i Liceum im. ks. P. Skargi) w Szamotułach, dokąd również dojeżdżał pociągiem. Szkoła była płatna, ale Marian swoimi wynikami nauki uzyskał znaczące obniżenie czesnego, co pomogło w kształceniu się całej piątki dzieci Walentego i Weroniki. Gimnazjum ukończył w 1927 r. egzaminem dojrzałości - z wyróżnieniem.

Mieszkał już wtedy w Lulinie, po drugiej stronie Szamotuł, dokąd przeniosła się rodzina Konopińskich, gdy pracodawca Walentego w Kluczewie, któremu nie podobało się, iż cała piątka dzieci się uczy, zwolnił go z posady.

Zaraz po maturze wstąpił do seminarium duchownego w Gnieźnie. Później, w trakcie studiów, przeniósł się do seminarium poznańskiego.

Święcenia kapłańskie otrzymał w 1932 r. z rąk Augusta kard. Hlonda, Prymasa Polski.

Na obrazku z prymicji, które odprawił w parafialnym kościele w Żydowie (6 km od Lulina), umieścił dwa przesłania:

Idźcie posłusznie drogą, którą was Bóg prowadzi”, oraz

Daj, o Boże, aby wszystkie dusze złączyły się w prawdzie, a serca w miłości”.

Początkowo, przez 3 lata, był wikariuszem w parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej (kościół farny) w Ostrzeszowie i prefektem w miejscowym Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim, szkolącym polską kadrę nauczycielską. Opiekował się w tym czasie jedną ze swoich młodszych sióstr, która dzięki temu zdała maturę w tamtejszym gimnazjum

W 1935 r. został wikariuszem w poznańskiej parafii Bożego Ciała, a potem w 1938 r. w parafii św. Michała Archanioła. Opiekował się Stowarzyszeniem Młodych Polek. W szczególności jednakże w Poznaniu zasłynął ze wspaniałych kazań (ich teksty, które skrupulatnie przygotowywał, spłonęły w czasie wojny). Podjął też studia socjologii na wydziale nauk społecznych Uniwersytetu Poznańskiego (dziś Uniwersytet im. Adama Mickiewicza). Władze duchowne proponowały mu podjęcie studiów na katolickim uniwersytecie w Louvain w Belgii, ale odmówił: jego dwie młodsze siostry studiowały w Poznaniu i mieszkały z bratem, który także częściowo je utrzymywał, oznaczałoby to zatem konieczność przerwania ich edukacji – rodzinę nie stać było bowiem na wynajęcie osobnego mieszkania w mieście…

Jedną z owych sióstr była Zofia, matka znanej pisarki Małgorzaty Musierowicz i poety Stanisława Barańczaka. Musierowicz, w swoich wspomnieniach rodzinnych, pisała: „jaki był z [ks. Mariana] żartowniś, jaki był dowcipny, jakie figle płatał rodzeństwu, jak lubił się śmiać”. Z wakacji spędzonych na Huculszczyźnie wysyłał siostrom krótkie, oschłe komunikaty typu: „Zamykajcie okna i drzwi”, lub łac. „Quidquid agis, prudenter agas et respice finem!” (pl. „cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i zważaj na koniec”).

Tuż przed II wojną światową, 28.iv.1939 r., został mianowany kapitanem rezerwy, a po niemieckiej agresji, 1.IX, zgłosił się ochotniczo do Wojska Polskiego. Został kapelanem 15 Pułku Ułanów Poznańskich, biorąc udział w całym jego szlaku bojowym aż do kapitulacji 28.ix – tego samego dnia padła Warszawa: m.in. brał udział w walkach nad Bzurą i w obronie stolicy. Do końca wspomagał duchowo walczących, chroniąc przed załamaniem, a także pomagając lekarzowi pułkowemu. Internowany przez Niemców trafił do oficerskiego – kapelani mieli szarże oficerskie - obozu jenieckiego Oflag X B nr 2 Nienburg (Weser), w Dolnej Saksonii, na terenie Niemiec.

Formalnie „zwolniono” go stamtąd w V.1940 r. Nie wypuszczono go wszelako na wolność – natychmiast bowiem formalnie go „aresztowano”. W ten sposób niemiecka machina zbrodni próbowała, w niektórych przypadkach – w szczególności wobec kapelanów wojskowych, obejść ustalenia konwencji genewskiej, nakładające specjalne zobowiązania walczącym stronom w stosunku do pojmanych żołnierzy i oficerów strony przeciwnej. Konwencja obejmowała żołnierzy – ale nie aresztantów.

Przewieziono go więc - na krótko - do obozu w Hamburgu - zapewne był to obóz koncentracyjny (niem. Konzentrationslager) Neuengamme - w którym wykorzystywano niewolniczą pracę ofiar przy produkcji cegieł i dachówek. By ułatwić transport materiałów więźniów zmuszano do kopania kanału łączącego obóz z portem…

Stamtąd w VI.1940 r. przewieziony został do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Dachau. Na lewym przedramieniu wytatuowano mu numer obozowy - 26065.

W Dachau umieszczono go na specjalnym bloku (oddziale) no28, na którym przytrzymywano tysiące polskich kapłanów. Początkowo dobrze znosił trudy pracy obozowej – głównie na okolicznych polach i plantacjach, przy transporcie towarów, a zimą przy uprzątaniu śniegu - i pomagał starszym kapłanom. Rok 1941 nie był jeszcze najgorszy – więźniom, kapłanom, dozwalano nawet na odprawianie Mszy św. w obozowej kaplicy.

Aż do 18.IX.1941 r., gdy zaproponowano polskim kapłanom zapisanie się na listę narodowości niemieckiej – w zamian za przywileje obozowe. Nikt nie zdradził – tę postawę warto przypomnieć dziś, gdy często zapomina się o genezie powojennej polskiej republiki sowieckiej i elity przez nią wykreowanej – w prostej linii mających swe początki w zdradzie polskości przez przyjmujących obywatelstwo sowieckie w latach 1939-41. W odpowiedzi Niemcy cofnęli przywileje już istniejące: nie wolno było odprawiać Mszy św., odmawiać brewiarza, modlić się i mieć przy sobie jakiegokolwiek przedmiotu kultu religijnego, zakazano niesienia pomocy duchowej umierającym. Zmuszono duchownych do niewolniczej pracy, w rezultacie której do Pana zaczęło odchodzić coraz więcej wycieńczonych, z wyczerpania i głodu, polskich kapłanów. Zaczęto ich także wykorzystywać jako „obiekty” badań pseudo-medycznych…

Marian jeszcze w X.1942 r. pisał do rodziny z prośbą o niem. „ein grosser Bauerbrot” - wielki bochen wiejskiego chleba, a już miesiąc później, 26.xi.1942 r., został wyznaczony, jako jeden z 20 kapłanów (18 polskich, 1 holenderski i 1 czeski), do pseudo-medycznych eksperymentów prowadzonych przez niemieckich „lekarzy” i „naukowców” z ropowicą (łac. phlegmone). Kierował nimi niejaki prof. Ernest Robert (niem. Ernst Robert) von Grawitz (w 1945 r. popełnił samobójstwo), a bezpośredni nadzór nad nimi pełnił dr Henryk Emil (niem. Heinrich Emil) Schütz (przed sądem stanął dopiero w 1975 r.).

Wszystkim wstrzyknięto zarazki ropotwórcze, określane mianem „prolina”. Czterech kapłanów nie leczono w ogóle. Pozostałych podzielono na 2 grupy, po 8 osób. Jedni otrzymywali lekarstwa homeopatyczne, których zwolennikiem był sam szef SS Heinrich Himmler, drudzy – sulfonamid…

Ks. Marian znalazł się w grupie, którą 2.XII.1942 r. zmuszono do spożycia jakiś pastylek homeopatycznych. Skrupulatnie, po niemiecku, co dwa dni pobierano krew i dokonywano ogólnego badania. Wyniki przesyłano do Głównego Urzędu Zdrowia w Berlinie…

Wszystkie ofiary przeszły przez liczne „zabiegi” i „operacje” (nacięcia, odsączania ropy, etc.) - przeprowadzał je inny więzień, Alfons Czarkowski (1912 - 2000, Chicago). Nie pomogło - stan ks. Mariana stał się krytyczny…

Świadek jego cierpień i śmierci zapisał: „Ks. Marian był zjednoczony z Bogiem na modlitwie. Codziennie przez pierwsze dni odmawialiśmy różaniec w różnych intencjach. Ale po kilku dniach nasilenia choroby i ten ustał. Modlitwa jego ograniczała się tylko do pobożnych westchnień, ofiarowania cierpień Boguks. Henryk Kaliszan.

Świadom swego stanu Marian powtarzał tylko: „Niech się dzieje wola Boża”. 27.XII.1942 r. rozpoczęła się agonia. Leżący obok ks. Henryk Kaliszan (1911, Essen - 2001, Oborniki) wyspowiadał ks. Mariana, udzielił mu wiatyku i ostatniego namaszczenia. Marian udzielił tych samych sakramentów ks. Kaliszanowi (Hostii i olei świętych dostarczył im potajemnie, z kaplicy obozowej, do której Polacy nie mieli dostępu, niemiecki kapłan, ks. Steinkelde). Obaj kapłani uścisnęli sobie dłonie, po czym Marian powiedział: „Do zobaczenia w niebie”…

Natomiast ks. Franciszek Antoni Kopeć (1892, Sarnowa – 1963, Lubasz), proboszcz Bytynia, którego leczono sulfamidem, wspominał później, że ks. Marian w malignie przed śmiercią opowiadał, jak jedzie do domu, do rodziców, do pracy w kościele… W przebłysku świadomości zapraszał i innych do tej podróży…

28.XII stracił przytomność. Do Pana odszedł cztery dni później, 1.I.1943 r.…

Jego matka wspominała później, że tego dnia, o w pół do drugiej w nocy, dokładnie w momencie śmierci syna, krzyknęła i obudziła się, wiele setek kilometrów od Dachau: „Pytali mnie: co mi się stało, a ja bez słowa położyłam głowę i spałam dalej”… Z grupy, którą leczono sulfonamidem (podawanym w formie m.in. leków o nazwie tabcin albo Tibetin), wszyscy mieli przeżyć. Natomiast „leczenia” lekami homeopatycznymi nie przeżył nikt, oprócz młodego wówczas kleryka Kazimierza Jana Majdańskiego (1916, Małgowo – 2007, Łomianki), późniejszego arcybiskupa, i wspomnianego Henryka Kaliszana. Czterech nieleczonych kapłanów również umarło. Wśród zmarłych, oprócz ks. Mariana, byli następujący kapłani: jezuita Stanisław Bukowy (1910 - 1942, Dachau), Mieczysław Janecki (zm. 1942, Dachau), Józef Kocot, jezuita Czesław Sejbuk (1906, Małożewo – 1943, Dachau), Marian Stopczak (1904, Nowy Sącz – 1942, Dachau), Stanisław Kołodziej (1907, Bączal Górny – 1942, Dachau), Ludwik Leśniewicz (1904, Bukowiec – 1942, Dachau), Tomasz Lis (1909 – 1942, Dachau), pastor holenderski Jan Wilhelm (hol. Jan Willem) Tundermann (zm. 1942, Dachau) i kapłan czeski Jarosław (czes. Jaroslav) Zamečnik (zm. 1942, Dachau).

Nie wszyscy Niemcy byli nieczułymi zbrodniarzami. Według relacji Małgorzaty Musierowicz matka ks. Mariana miała opowiadać, że w wyniku „eksperymentów” umarło kilku polskich kapłanów, natomiast pozostałych uratować miał pielęgniarz – Niemiec – przy pomocy jakiś leków i zastrzyków, które ukradł. Udało mu się to, bo akurat w obozie wybuchła epidemia tyfusu i zbrodniarze niemieccy bali się przychodzić do baraku szpitalnego… Bezpośredni świadek, bp Majdański wspominał o dwóch Niemcach, pielęgniarzach, którzy podczas „doświadczeń” byli mu, i innym ofiarom, przychylni i pomagali: Hermannie, który podał Majdańskiemu leki uśmierzające ból, i - szczególnie - starszym pielęgniarzu Henryku (niem. Heinrich) Stöhrze (1904, Weißenburg – 1958, Treuchtlingen), protestanckim więźniu, zwanym w obozie Heini, który sabotując wręcz zbrodnicze „eksperymenty” podał potajemnie ks. Majdańskiemu ratujący życie sulfonamid, fałszując przy okazji dokumentację.

„Doświadczenia” z ropowicą objęły w sumie (w kilku turach) ok. 40 polskich kapłanów przetrzymywanych w Dachau. Wcześniejszych, niż na ks. Marianie, „eksperymentów” nie przeżył m.in. ks. Józef Stabrawa (1881, Królówka – 1942, Dachau) i pastor ewangelicki Aleksander Falzman (1887, Łódź – 1942, Dachau).

Przeżyli natomiast, poza już wspomnianymi: Franciszkiem Antonim Kopciem, Henrykiem Kaliszanem i Kazimierzem Majdańskim, także: Stefan Natorski, kapucyn; Wacław Sitek; o. Kasjan Stanisław Wolak (1913, Pławo – 1973, Brisbane), kapucyn; Stefan Bączyk (ur. 1909, Bochum); Leopold Biłko (1892, Końska – 1955, Orłowa); Marian Suski (ur. 1909, Brzeźnica); Henryk Demrych; ks. Stępień; Stanisław Świerczek (1914, Krzemienica – 1991, Pabianice).

Ciało Mariana zostało spalone w miejskim krematorium w Dachau. W oficjalnym piśmie poinformowano rodzinę, iż miało to miejsce 5.I.1943 r., i że ks. Marian zmarł z powodu „ropowicy prawego uda”.

Beatyfikował go papież Jan Paweł II w Warszawie 13.VI.1999 r. w grupie 108 polskich męczenników niemieckiego terroru II wojny światowej. Rok później, 7.V.2000 r., w rzymskim Koloseum, podczas nabożeństwa ku czci męczenników XX wieku Jan Paweł II powiedział:

»Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują  was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie…«Mt 5, 11-12.

Jakże te słowa Chrystusa odnoszą się do niezliczonych świadków wiary minionego wieku, znieważanych i prześladowanych, lecz nie ulegających nigdy siłom zła! Tam, gdzie nienawiść zdawała się burzyć całe życie bez możliwości wymknięcia się spod jego logiki, oni wykazywali, że ‘miłość jest silniejsza od śmierci’.

W strasznych systemach ucisku, które zniekształcały człowieka, w miejscach cierpień, wśród bardzo srogich wyrzeczeń, przez bezsensowne marsze, wystawieni na zimno, głód i tortury, wystawieni na wszelkie rodzaje cierpień, przedziwnie okazywali silne przywiązanie do Chrystusa zmarłego i zmartwychwstałego…

Marian Konopiński do końca wytrwał przy swoim Panu. I otrzymał nagrodę wieczną.

Prowadziłeś ich, Boże, tą drogą,
Słudzy Twoi tak posłusznie nią szli.
Prowadziłeś ich w mękę i trwogę,
Wypełniłeś im grozą wszystkie dni.

Prowadziłeś przez straszne więzienia,
Przez cierpienia, przez obozy i front.
Prowadziłeś na próbę sumienia,
Sprawdzian wiary, męczeństwo i na zgon.

W imię Twoje szli tam, gdzieś prowadził:
Do Twych wrogów - z posłaniem świętości.
Ty połączysz wszystkie dusze w Prawdzie,
Wszystkie serca połączysz w miłości.

 

Wykorzystano materiały ze strony: http://www.swzygmunt.knc.pl/

Spacer wirtualny w Sanktuarium Św. Józefa w Kaliszu
Spacer wirtualny w Sanktuarium Św. Józefa w Kaliszu
  

 

 

Pierwsze Czwartki u Św. Józefa