In English In Italiano Auf Deutsch
Bazylika otwarta codziennie od 6:00 do 19:00
Sekretariat Sanktuarium:
Kancelaria Parafialna:
Sklepik z pamiątkami:
Dom Pielgrzyma:
Restauracja św. Józefa:
62 7 575 822 / 8.00 - 13.00
789 087 043 / 10.00 - 12.00, 16.00 - 18.00
797 630 389 / 10.00 - 16.00
510 733 166 / 8.00 - 21.00
604 844 368 / 12.00 - 16.00
top
/ Home / Marzec ze św. Józefem

22 marca

Józio Mohr
i tajemniczy stolarz

Aleksandra Polewska-Wianecka

Opowiadanie dla dzieci
ze św. Józefem w jednej z ról

Józio Mohr i tajemniczy stolarz

Co tu dużo gadać. Józio Mohr był prawdziwą gwiazdą katedralnego chóru w Salzburgu. I wszystko wskazywało na to, że owo gwiazdorstwo od początku było mu przeznaczone. Pewnego dnia bawił się z innymi dziećmi przy długich schodach znajdujących się tuż za jego domem. Prowadziły one do zamieszkiwanego przez mnichów klasztoru. A dodać muszę, że Józio uwielbiał śpiewać. Właśnie kończył pierwszą zwrotkę śmiesznej pioseneczki podwórkowej, gdy na schodach pojawił się ks. Johan Hiernal. Duchowny uniósł prawą nogę i już miał wspiąć się na pierwszy stopień, gdy chłopiec zaczął brawurowo wykonywać refren. A śpiewał głośno, bo lubił, gdy jego donośny głos odbijał się od murów otaczających go kamienic. Ks. Hiernal - a trzeba wiedzieć, że był on dyrygentem katedralnego chóru - zastygł z wrażenia. Stał w całkowitym bezruchu do momentu, kiedy chłopiec zakończył piosenkę pięknym, czystym górnym „c”. Wtedy odwrócił się i spojrzał na małego z niekrytym podziwem. Ujął go za chudziutką dłoń i kazał się zaprowadzić do ojca.

- Nie mam ojca - powiedział Józio.
- Ach tak - zasmucił się ks. Johan. - Twój tatuś nie żyje?
- Nie wiem, nigdy go nie widziałem.
- A jak masz na imię? - spytał szczerze zatroskany duchowny.
- Józio.
- To tak samo jak przybrany ojciec Jezusa! - uśmiechnął się szeroko. - Wiesz co? Mam pomysł! Może św. Józef mógłby zostać także twoim przybranym tatą? Co o tym sądzisz?
- A czy on nie będzie miał nic przeciwko temu?
- O, myślę, że bardzo by chciał mieć takiego utalentowanego syna jak ty.

I od tamtego dnia Józio nie był już półsierotą. Mawiał, że jego ojciec nazywa się św. Józef Mohr. Bo przecież ojciec nazywać się musi tak samo jak jego syn, prawda? Tymczasem ks. Johan postanowił porozmawiać z matką chłopca. Pani Anna była kobietą niezwykle biedną. By utrzymać siebie i swoje dzieci, przędła i robiła ubrania na drutach. Opowiedziała duchownemu, jak jeszcze przed narodzinami Józia jego ojciec uciekł z miasta i zdezerterował ze służby wojskowej. Opowiedziała, jak to nikt z jej krewnych nie chciał zostać ojcem chrzestnym jej synka, i o tym, że w końcu został nim miejski kat. Martwiła się, że nie będzie mogła zapewnić chłopcu najskromniejszego nawet wykształcenia.

- Niech się pani nie załamuje, pani Anno - rzekł ks. Hiernal, gdy skończyła swą długą i smutną opowieść. - Dziś problemy pani syna się skończyły. Ja sam zajmę się jego nauką i poślę go do najlepszej szkoły w mieście. Józio ma wielki talent muzyczny. Takiego daru nie wolno zmarnować.

Mama chłopca uśmiechnęła się delikatnie i pogłaskała Józia po jasnej czuprynie.

- Tak, ma talent. Urodził się przecież w mieście Mozarta.
- Kim jest Mozart? - zainteresował się Józio. Słyszał wielokrotnie to nazwisko, ale tak naprawdę nie miał pojęcia, kto się pod nim krył.
- Mozart już nie żyje, a był, według mnie, największym muzykiem w historii - odpowiedział duchowny.

- Urodziłeś się rok po jego śmierci - dodała mama.
- O! - zdziwił się chłopiec. - Urodziłem się w mieście największego muzyka w historii, rok po jego śmierci, i moje, nazwisko zaczyna się od tych samych liter co jego! Od „mo” - zaznaczył.

Pani Anna i ks. Johan roześmiali się głośno.

- Czy mój talent muzyczny jest też tak wielki, jak jego talent? - zapytał chłopiec już całkiem poważnie.
- Czas pokaże - odpowiedział ks. Hiernal, ale ta odpowiedź nie spodobała się Józiowi.

Mijały dni, miesiące i lata. Chłopiec podrósł, nauczył się grać na gitarze, która stała się jego ulubionym instrumentem, chodził do świetnej szkoły, wspaniale się uczył, a do tego śpiewał najpiękniej w całym Salzburgu. Jednak wciąż zastanawiał się, czy w przyszłości będzie mógł zostać równie wielkim muzykiem, jak Wolfgang Amadeusz Mozart. Czy po jego śmierci ktoś będzie pamiętał o muzyce, którą zamierzał w przyszłości napisać. Ciągle nie znał odpowiedzi na pytanie, jak wielki jest jego talent. I czy w ogóle jest wielki.

Urodziny Józia Mohra przypadały 11 grudnia. Zawsze tego dnia mama lub jego starsze siostry zabierały go na Jarmark Dzieciątka Jezus i kupowały w prezencie wielki, lukrowany piernik, albo słoiczek bursztynowego miodu, w którym zatopione były smakowite bakalie. Chłopiec kochał atmosferę Adwentu i scenerię tego jedynego w roku świątecznego targu. Stragany przystrojone były gałązkami świerka lub jałowca, wszędzie pachniały przyprawy korzenne, ludzie rozgrzewali się kubkami grzanego wina, a dzieci, wykorzystując zamieszanie, podkradały sprzedającym orzechy lub rzucały w dorosłych śnieżnymi kulkami. Józio z namaszczeniem podziwiał oryginalne, ręcznie robione choinkowe ozdoby i wymyślne kształty pysznych pierników. Najbardziej podobały mu się zwykle piernikowe gitary ze strunami z nitek karmelu i klucze wiolinowe z migdałowym środkiem. W swoje dziesiąte urodziny spacerował między świątecznymi straganami razem z ks. Hiernalem. Duchowny wiedział, że Józio marzy o piernikowej gitarze, więc kupił mu ją w prezencie. Chłopiec bardzo się ucieszył, jednak oczekiwał od swego wychowawcy trochę innego prezentu. Chciał odpowiedzi na nurtujące go od dawna pytanie.
- Czy mój talent muzyczny jest równie wielki jak talent Mozarta?
Ks. Johan patrzył na niego i zastanawiał się, co powiedzieć. Owszem, jego ulubiony wychowanek miał niewątpliwie talent, a w dodatku także przepiękny głos, jednak do zdolności Mozarta sporo mu brakowało. Ale jak miał mu o tym powiedzieć? W dodatku w dzień jego urodzin?

- Każdy talent jest nadzwyczajny - oznajmił w końcu. - Nie jest ważne, do czego ma się talent, i nie ma znaczenia, jak jest wielki. Może być całkiem malutki i też będzie nadzwyczajny. Popatrz - wskazał chłopcu pierniki na straganie. - Czy malutkie pierniczki smakują gorzej niż te ogromne?
- Ależ skąd! - włączył się nieoczekiwanie do rozmowy właściciel piernikowego straganu. - Są po prostu mniejsze, ale są równie pyszne jak te duże!

- No właśnie - przytaknął mu ks. Johan Hiernal. - Tłumaczę właśnie Józiowi, że tak samo jest z talentem: i duży, i mały ma swoją wartość.
Właściciel straganu uśmiechnął się szeroko.

- Ma ksiądz świętą rację! Trzeba tylko wiedzieć, jak go najlepiej wykorzystać! Z talentem jest trochę jak ze spadkiem po bogatym wuju, mój mały! - kupiec zwrócił się do Józia i łyknął grzanego wina, bo mróz dawał mu się we znaki. - Mam dwóch braci. Kilka lat temu zmarł nasz wuj Klaus. Nie miał żony ani dzieci. Miał tylko piekarnię na przedmieściach. Postanowił cały swój majątek przekazać nam, swoim bratankom. Wilhelm, najstarszy z nas, dostał w spadku piekarnię. Ja, Otto, dostałem pieniądze, a najmłodszy brat Peter otrzymał wielką skrzynię przypraw korzennych. Dziwne, co?

- Oryginalne - rzucił dyplomatycznie ksiądz.

- Niesprawiedliwe - ocenił bezpardonowo Józio.

- Tak jest, mój mały! - pan Otto znów napił się gorącego wina. - Nam się też to wydało na początku bardzo niesprawiedliwe. Zresztą, z talentem jest tak samo. Na pierwszy rzut oka Pan Bóg rozdziela go bardzo niesprawiedliwie. Bo dlaczego jeden człowiek rodzi się Mozartem, a drugi ulicznym skrzypkiem? Wilhelm bogacił się na piekarni, a my nie wiedzieliśmy, co robić z naszym kiepskim dobytkiem, odziedziczonym po stryju. Aż pewnego dnia Peter otworzył wielką skrzynię z przyprawami i napiekł pierników. Potem poszedł sprzedać je na jarmark. Były pyszne, więc wykupiono je natychmiast. Po kilku dniach okazało się, że nie nadąża z pieczeniem, a już zupełnie nie ma czasu na ich sprzedawanie. A ludzie chcieli brać każdą ilość. Wtedy ja wykorzystałem odziedziczone pieniądze. Starczyło ich równo na ten piękny stragan. Teraz on piecze, a ja sprzedaję. I interes nam kwitnie, moi drodzy! - powiedział dumnie i wskazał na szyld zawieszony na drewnianym daszku straganu. - Pierniki Braci Marks. Najlepsze w całym Salzburgu!
- Nie pozostaje ci teraz nic innego, Józefie, jak znaleźć odpowiedź na pytanie, w jaki sposób wykorzystać swój własny talent - podsumował opowieść sprzedawcy pierników ks. Johan i ruszyli obaj w kierunku katedry, by zdążyć na próbę chóru. Chórzyści przygotowywali się właśnie do świątecznego koncertu kolęd.

- A gdyby ksiądz był na moim miejscu, to gdzie by szukał tej odpowiedzi?
- Ja prosiłbym o nią Tego, który obdarzył mnie moim talentem, czyli Boga. Słyszałeś o św. Franciszku z Asyżu, Józiu?
- Tak, słyszałem na próbie w katedrze. Franciszek z Asyżu napisał pierwszą w historii kolędę.

- Zgadza się. Zresztą urodził się w Wigilię! Ale chcę Ci powiedzieć, że ten święty, kiedy szukał odpowiedzi na trudne pytanie, zawsze zadawał je Bogu w modlitwie. I powiem ci, że bywał w tym bardzo natrętny. Czasem potrafił pytać w kółko przez caluteńką noc, wyobrażasz sobie?

- I Bóg mu odpowiadał?

-Tak.

- Więc ja też tak zrobię! - postanowił Józio. I od razu wiedział, kiedy to postanowienie zrealizuje: w noc Bożego Narodzenia!

A ta noc był cicha i piękna. Świeciły gwiazdy, choinki drzemały pod kołderkami świeżutkiego śniegu. Józio dobiegł do drzwi kościoła, który był najbliżej jego domu, chwycił za klamkę i zamarł. Kościół był zamknięty! W noc Bożego Narodzenia! Przypomniał jednak sobie, że ostatniego ranka ktoś ukradł z kościelnej szopki figurę św. Józefa. No, w każdym razie św. Józef zniknął w tajemniczych okolicznościach. Być może proboszcz obawiał się, że złodziej wróci nocą i wyniesie resztę postaci ze żłóbka? Chłopiec miał dwie możliwości: wrócić do domu lub zostać i modlić się przed świątynią. Odgarnął śnieg, ukląkł i przeżegnał się.

- Panie Boże, jak najlepiej mógłbym wykorzystać talent, który mi dałeś? Co mógłbym zrobić, by go nie zmarnować?
- Mógłbyś - usłyszał nagle za sobą wesoły, męski głos - napisać kolędę, mały muzyku!

Józio zerwał się na równe nogi. Przestraszył się nie na żarty. Stał za nim młody, sympatyczny mężczyzna. Był trochę dziwnie ubrany, miał ciemne oczy, włosy i brodę. A pod pachą trzymał skrzynkę z narzędziami.

- Skąd pan wie, o czym rozmawiam z Bogiem? - zapytał tonem detektywa.
- Słyszałem. Mówiłeś przecież głośno. Przyszedłem otworzyć ci drzwi.
- Ale pan nie ma kluczy, tylko narzędzia! I co? Będzie się pan włamywał? Jest pan pewnie tym złodziejem, który ukradł rano figurę św. Józefa!

Mężczyzna roześmiał się.

- Klucz nic nie pomoże. Drzwi się popsuły. Dlatego nie można ich otworzyć. A ja nie jestem złodziejem, tylko stolarzem. No więc jak będzie z tą kolędą? - zapytał i zaczął majstrować przy zawiasach. A przy tym gwizdać. Bardzo ładną melodyjkę.

- Co to za piosenka? - spytał zaintrygowany chłopiec.
- Ładna, prawda? - zapytał wesoło dziwnie ubrany stolarz. - Zapamiętaj ją, bo to pierwsze takty muzyki do kolędy, którą kiedyś stworzysz.
- Też coś! - krzyknął Józio. - Sam skomponuję muzykę, jeśli będę chciał napisać kolędę!

- Możesz skomponować ciąg dalszy, bo początek, jak słyszysz, brzmi pięknie. I jesteś jedyną osobą, poza mną, która go słyszała.
- Mowy nie ma! - Józio miał wrażenie, że stolarz z niego kpi. Tymczasem on odłożył narzędzia i zamknął skrzynkę. - Jest taka cicha i święta noc, a ty się denerwujesz. A jeśli te takty Pan Bóg zsyła ci w prezencie gwiazdkowym? Jeśli to Jego odpowiedź na twoją dzisiejszą prośbę?
- Z pewnością nie. Bóg odpowie mi w inny sposób! Na pewno nie przez stolarza w ubraniu sprzed stu lat!

Mężczyzna roześmiał się.

- Wiele lat temu ludzie prosili Boga o Zbawiciela. Odpowiedział im. Na świat przyszedł Jezus, narodził się w żłobie. Nie poznali go. Mówili tak jak Ty: Bóg odpowie nam w inny sposób!
Józio miał dość nieznajomego. Posłał mu gniewne spojrzenie i poszedł się modlić za przeciwległym końcem kościoła. Jednak szybko wrócił, bo tam było zbyt ciemno i nieprzyjemnie. Ale stolarz już poszedł. Zreperowane drzwi były uchylone i wewnątrz świątyni tliły się płomyki świec. Józio wszedł do środka. Zbliżył się do otoczonego światełkami żłobka. Figura św. Józefa w jakiś niewytłumaczalny sposób wróciła na swoje miejsce, a u jego stóp stała skrzynka z narzędziami. Chwilę potem frontowe wejście otworzyło się z hukiem i wbiegł do wnętrza sam ksiądz proboszcz.

- Co ty tu robisz? - spytał Józia zdenerwowany. - Kto ci otworzył drzwi? Widziałem tu z tobą jakiegoś człowieka z okna mojej plebanii, gdzie on jest?
- Poszedł. Powiedział, że drzwi są zepsute. Naprawił je i poszedł. Zostawił tylko skrzynkę z narzędziami.

- To prawda, że drzwi były uszkodzone, ale nie wzywałem żadnego stolarza - zdziwił się proboszcz i poszedł je obejrzeć. Józio w tym czasie ukląkł przed szopką i patrząc na Dzieciątko, powtórzył swe pytanie: co mam zrobić ze swoim talentem? Dzieciątko nie odpowiadało. Patrzyło gdzieś w przestworza z rozłożonymi rączkami, a chłopiec zastanawiał się, czy te rączki nie są przypadkiem rozłożone bezradnie. Może Dzieciątko także nie wie? Spojrzał na figurę św. Józefa i nagle go olśniło. Wyglądała tak, jakby pozował do jej wykonania ów stolarz w swoim starodawnym płaszczu!...
- Józio! - przerwał mu tok spostrzeżeń ksiądz proboszcz - A skąd się tu wziął św. Józef?

- Myślałem, że ksiądz go tutaj ustawił! - odparł zaskoczony.
- Ależ skąd! Właśnie dlatego zamknąłem kościół na noc. Bo jak to: ludzie przyjdą do żłóbka i nie będzie w nim Józefa? Udało mi się pożyczyć nową figurę, ale kościelny miał ją przywieźć dopiero jutro rano - wyjaśnił zdezorientowany proboszcz. - To chyba jakiś cud. Figura wróciła na swoje miejsce, drzwi naprawił ktoś nieproszony. Nic z tego nie rozumiem. No cóż, pomodlę się chwilę z tobą i wracam na plebanię. - Proboszcz ukląkł obok Józia. Zamknął oczy i pogrążył się w modlitwie. Józio tymczasem ze zdumieniem wpatrywał się w odzyskaną figurę. „To pierwsze takty muzyki do kolędy, którą kiedyś stworzysz” - rozbrzmiały mu nagle w pamięci słowa młodego stolarza.
- A jeśli to rzeczywiście była odpowiedź na moją modlitwę? - szepnął sam do siebie Józio.

- Co mówisz, chłopcze? - ksiądz wstał z kolan i spojrzał na niego pytająco.
- Nic, nic - zapewnił chłopiec i spróbował przypomnieć sobie melodyjkę, jaką gwizdał pogodny stolarz. Nie pamiętał. To koniec - pomyślał. - Nie uwierzyłem mu, a teraz nic nie pamiętam. Popatrzył przepraszająco na św. Józefa.

- Proszę cię, spraw, bym sobie przypomniał, jak to brzmiało… Bardzo proszę.
Ale usłyszał tylko kroki proboszcza wychodzącego z kościoła.
- Proszę - powtórzył, patrząc na Dzieciątko. I wtedy usłyszał, że ktoś gwiżdże. Dokładnie tę melodyjkę, o którą mu chodziło. Już myślał, że to proboszcz, odwrócił głowę, lecz zobaczył, jak duchowny patrzy na niego karcąco.

- Józefie! Jak można gwizdać w świątyni? - spytał oburzony. - Natychmiast przestań!

- Dobrze, dobrze - rozbrzmiała odpowiedź, ale nie udzielił jej wcale Józio. Głos odpowiadającego wydobywał się ze żłobka. Chłopiec spojrzał na figurę św. Józefa, którego twarz zwrócona była teraz ku wyjściu. - Przepraszam - dodał święty przy pomocy glinianych ust, spojrzał na Józia i mrugnął do niego zawadiacko.

Chwilę później mały Mohr wstał uszczęśliwiony, wyszedł z kościoła i ruszył do domu, nucąc pierwsze takty niezwykłej melodyjki. Wokół było biało i spokojnie.

- Miałeś rację, św. Józefie - przyznał, patrząc w gwieździste niebo i wierząc, że gdzieś pośród gwiezdnych punkcików mieszka najświętszy ze stolarzy. - To piękna noc. Taka cicha i biała. I taki właśnie tytuł dam kolędzie, którą napiszę w przyszłości. „Cicha noc”. Co o tym myślisz, św. Józefie?

Koniec