In Englisch In Italiano Auf Deutsch
Dom Pielgrzyma im. Św. Józefa
Dołącz do nas na Facebook'u
Sobota VII tygodnia Wielkanocnego
Dz 28,16-20.30-31; J 21,20-25
https://www.swietyjozef.kalisz.pl/main/swiadectwa.gif

Marcin Jakimowicz

Listy polecone

źródło: www.wiara.pl

 

Listy polecone

 

 

Ania z Tomkiem znaleźli dom, Dorota i Inese pracę, a Wspólnota Błogosławieństw swą pierwszą siedzibę. Załatwili to sobie „korespondencyjnie”, pisząc list do św. Józefa. Czyste szaleństwo.

   Roman Koszowski Ania, Dawid, Tomek i Szymon przed domkiem, który wymodlili. obok: oryginalny rysunek, który naszkicowali św. Józefowi

 

Ceglany dom w Mikołowie-Borowej Wsi. Na trawie przed budynkiem wariują Szymonek z młodszym bratem Dawidem. Wdrapują się właśnie na trampolinę i skaczą na niej jak małe kolorowe piłeczki. Rodzina Marców mieszka tu już od trzech lat. Szalejące przed domkiem maluchy nie znają jeszcze pewnej fascynującej historii. Zaczęła się niewinnie. Od prostego rysunku.

Zgadzał się i garaż, i okna

– Szukaliśmy domu. Wynajmowaliśmy małe mieszkanko, a ponieważ pojawiło się dziecko, a ja ponownie zaszłam w ciążę, chcieliśmy znaleźć większy dom – opowiada Ania. – Zależało nam na tym, by był on w niedalekiej Borowej Wsi. Szukaliśmy, szukaliśmy i nic. Pewnego dnia dostałam mejla od przyjaciółki. Pisała o „modlitwie pierwszej potrzeby”. „Coś mi się widzi – wspomniała na końcu – że nie doceniamy św. Józefa”. W poprzednim mejlu opowiedziała ciekawą historię o tym, jak w bośniackim sierocińcu, prowadzonym przez siostry ze wspólnoty Cenacolo, zabrakło mleka. Rozpoczęto szturm do nieba: prośby spisywano na karteczkach i wkładano za obraz św. Józefa. Następnego dnia do drzwi wspólnoty zapukał mężczyzna.

– Przyniosłem wam kota – powiedział zaskoczonym kobietom. – Nie potrzebujecie jeszcze czegoś? Mleka??? Zaraz wracam! Zostawił mniszkom miauczące stworzenie i odjechał. Wrócił z ogromną ilością mleka. We wspólnocie zaczęło się dziękczynienie. Za mleko i… kota. – Ależ ten Pan Bóg ma pomysły. Dlaczego przysłał nam tego zwierzaka? – zastanawiała się jedna z sióstr. Zajrzała dyskretnie za obraz Józefa. Okazało się, że przy liście z prośbą o mleko jej koleżanka ze wspólnoty dorysowała kota. Tak, by Józef nie miał wątpliwości. Dom zatrząsł od śmiechu.

– Postanowiliśmy z Tomkiem spróbować – wspomina Ania. – Na kartce narysowałam domek. A ponieważ nie mieliśmy w domu figury św. Józefa, położyłam nasz rysunek pod jego obrazek. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Znaleźliśmy na allegro ogłoszenie. Dom na sprzedaż. W Borowej Wsi. Pojechaliśmy na rekonesans. Zdziwiliśmy się, że był bardzo podobny do naszego nieudolnego rysunku (śmiech). Dwa okna w dachu i nawet garaż po prawej stronie. Trochę żałowałam, że nie narysowałam większej willi (śmiech). Biorę to na siebie, bo to ja szkicowałam… Właściciele powiedzieli: mamy już nabywcę, przepraszamy. Po rozmowie z nami okazało się jednak, że zmienili zdanie. – Sprzedamy go wam – orzekli ku naszemu zaskoczeniu. Czekaliśmy na kredyt. Gdy go uzyskaliśmy, dostaliśmy do ręki klucz. Do domku weszliśmy 1 maja, w uroczystość św. Józefa. Zapamiętałam tę datę. To było niesamowite. Właściciel, pan Zygmunt, rzucił: „Wynieśliśmy wszystkie nasze rzeczy. Zostawiliśmy jedynie jedną rzecz, nie wiem, czy ją zechcecie. To stary obraz świętego Józefa”. Szczęka nam opadła.

Blisko domu, proszę

Jak się pisze taki list? – pytam Inese, która wymodliła „korespondencyjnie” pracę – można się przecież solidnie wygłupić... – Ja potraktowałam to bardzo serio. Napisałam datę, miejscowość. Tak jak pisze się zwykły list. Adresat: święty Józef. Napisałam na dwie strony. Byliśmy wówczas w trudnej sytuacji finansowej, a ja pomyślałam, że to przecież Józef troszczył się o utrzymanie swej Rodziny. Nie sądzę, by Maryja pracowała zarobkowo (śmiech). Pomyślałam, że napiszę do niego, bo on powinien nas zrozumieć. Chciałam zostawić ten list przy jakiejś figurze. W pobliskim kościele figura stała za wysoko, w innym była zakratowana. Skończyło się na tym, że nosiłam go w torebce. Był konkretny. Prosiłam o to, by praca była blisko domu, bo mam małe dzieci. Prosiłam o etat, o godziwe wynagrodzenie. Po paru dniach dostałam pracę. Bardzo blisko – 10 minut piechotą. Nie było cienia wątpliwości, że św. Józef maczał w tym palce, bo odpowiedź przyszła natychmiast. Po raz pierwszy ze zwyczajem pisania „listów do nieba” zetknęłam się we wspólnocie Chemin Neuf. Jednym z elementów modlitwy w czasie wieczora pojednania jest pisanie listu do Boga. Są one ofiarowywane w czasie Mszy, a na koniec palone. Ja nie miałam zwyczaju pisania do świętych. Uczyniłam to w jakiejś desperacji (śmiech). Raz jeden się odważyłam się i widzę owoce.

Wiadomo, Kto za tym stoi

– Nie pracowałam od czasów studiów, bo zajęłam się wychowaniem dzieci – dopowiada Dorota Łukaszewicz. – Im dłużej siedziałam w domu, tym bardziej traciłam wszelką nadzieję na znalezienie pracy. W pewnym momencie doszłam do takiego stanu, że myślałam, że nigdy nie będę w stanie podjąć jakiejkolwiek działalności zawodowej. Depresja, załamanie sobą, bezsilność. Napisałam list do św. Józefa, bo, po pierwsze, wiedziałam, że sama nic nie wskóram, a po drugie, to było trochę takie „wystawienie Pana Boga na próbę”. Oficjalnie pisałam do św. Józefa, ale wiadomo, Kto za tym stoi. Wiedziałam, że teraz zdaję się na Niego, a On powinien się jakoś o mnie zatroszczyć. Miałam przekonanie, że Bóg jakoś zareaguje. Gdybym nie dostała tej pracy, wiedziałabym, że to też jest Jego wola. Napisałam list w środę, położyłam go pod ikoną Jezusa i… tego samego dnia był odzew! Dostałam pracę, jak prosiłam. Blisko domu, tak by z dziećmi wszystko grało, i w takim wymiarze pracy, jaki mi odpowiadał. Byłam w szoku. Z takim pisaniem listu to jest dziwne uczucie. Gdy człowiek się modli, to kombinuje sobie, że Pan Bóg usłyszy albo nie, wysłucha albo nie. List to konkret. Pan Bóg ma to na piśmie.

120 mln franków!

Szaleństwo zawierzenia towarzyszyło początkom Wspólnoty Błogosławieństw. Nie mieli grosza przy duszy. Ledwie starczało na wyżywienie. „Po wielu poszukiwaniach wspólnota znalazła opustoszały klasztor w Cordes – wspomina jej założyciel Brat Efraim. – Siostra Teresa, prawie już niewidoma, wierzyła, że miejsce, gdzie Bóg zdziałał tak wiele, nie mogło służyć czemu innemu niż chwale Bożej. U stóp figury św. Józefa ustawiła fotografię klasztoru z wypisaną na odwrocie modlitwą: »Aby klasztor żył i był źródłem życia«. Nie uświadamiałem sobie, że od­nowienie budynków będzie kosztowało majątek i że ze strony siedmio­osobowej grupy, jaką tworzyliśmy, było to prawdziwe szaleństwo. Przełożone mniszek wyceniły dom na 120 milionów franków. Płatnych gotówką. Moją głowę rozsadzała myśl: »120 milionów! Zwariowałeś?!«. Rzucony we wszystkich kierunkach apel o pomoc nie przyniósł żadnych rezultatów. Ogarnęło mnie zwąt­pienie. Krążyłem po gabinecie, wołając: »Mój Boże, 120 milionów, skąd je weźmiesz?«. Tak zastała mnie Edith Fritsch, która wyjęła z moich rąk list, prosząc, bym poszedł za nią. W kącie kaplicy stała figura św. Józefa. U jej stóp Edith położyła list, zwracając się do świętego w sposób, z którym wówczas nie byłem jeszcze oswojony: »Józefie, który troszczyłeś się o sprawy materialne Jezusa zawierzamy ci nasz problem, wierząc, że wszystko się ułoży«.

Niedługo potem odwiedziła nas siostra Teresa: »Opowiem panu, co zdarzyło się w roku 1901. Prawo rozdziału Kościoła od państwa objęło Cordes. Siostry spakowały się i przygnębione oczekiwały eksmisji. Przełożona, znana ze swej świętości, pewnej nocy, we śnie, pośród błyskawic, pod zwałami czarnych chmur ujrzała klasztor w Cor­des. Wtem pojawiła się Najświętsza Maryja Panna i szepnęła: Nie lękaj się niczego, wyprawię do ciebie mojego posłańca. Nazajutrz w drzwiach stanął człowiek. – Jestem ad­wokatem z Castres – przedstawił się. – Słyszałem o waszych kłopotach, chcę bronić waszych interesów«. Wszczął proces w Radzie Stanu i wygrał go! Waham się, czy pisać o tym, co nastąpiło, tak bardzo mo­że się to wydać niewiarygodne – wspomina Efraim. – Historia opowiedziana przez mniszkę powtórzyła się! Zjawił się mężczyzna z czarną aktówką. Przybywał z Castres, słyszał o naszych kłopotach, chciał bronić naszych interesów. Zaangażował ekspertów i archi­tektów, którzy ustalili inną cenę klasztoru, który został oszacowany jako »nie­ruchomość grożąca zawaleniem«. Wspólnota dostała swój dom macierzysty”.

Przypadki są w gramatyce

Czy to bajka, czy nie bajka, myślcie sobie, jak tam chcecie… Przypadek – wzruszy ktoś ramionami. Czy Józef i inni mieszkańcy królestwa są w stanie czytać listy? Siostra Rozariana, dominikanka, córka warszawskiego rabina, nie miała co do tego wątpliwości. Gdy do klasztoru w Świętej Annie przychodziły listy z prośbą o modlitwę, kładła je na tabernakulum i głośno mówiła: Żebyś potem nie mówił, że nie wiedziałeś… Święta bezczelność. Pisanie „listów do nieba” nie działa na zasadzie czary-mary i nie ma nic wspólnego z magią. To raczej dowód zaufania. Za pióra zazwyczaj chwytają desperaci, przeżywający życiowe zawirowania. List jest konkretem. W naszym wyszeptanym: „Bądź wola Twoja” pozostawiamy sporą furtkę dla naszej niewiary. Z góry przyjmujemy, że być może nie zostaniemy wysłuchani. Napisanie listu jest szaleństwem zawierzenia. Skrobiąc na kartce konkretne zdania do człowieka, który wedle Wikipedii nie żyje od dwóch tysięcy lat, piszący ma świadomość, że może się solidnie wygłupić. Listy są weryfikowalne. I dzięki temu są „dowodem w sprawie”. Przypominają tysiące karteczek wkładanych w rozpalony słońcem wschodni mur świątyni jerozolimskiej. I wbrew pozorom, ci, którzy zaryzykowali, nie czują się, jakby „przemawiali do ściany”.