In Englisch In Italiano Auf Deutsch
Dom Pielgrzyma im. Św. Józefa
Dołącz do nas na Facebook'u
Poniedziałek V tygodnia Wielkiego Postu
Dn 13,41-62; J 8,1-11

Anna Tabaka, Maciej Błachowicz

Zdobyć wieżę

Konstrukcja ma 60 metrów. Dopiero na tej wysokości osadzono gałkę, a na niej krzyż. Pokonanie trzech kondygnacji jeszcze nie gwarantuje sukcesu. Ostra jazda zaczyna się dopiero wyżej, tam gdzie w słońcu błyszczy hełm; pokryty blachą, wygląda jak kunsztownie wyprofilowana zjeżdżalnia dla amatorów mocnych wrażeń. W dziejach kościoła św. Józefa nie brakowało jednak śmiałków, którzy dosięgli i gałki, i krzyża.

Po raz ostatni skorodowany krzyż ściągano przed pięcioma laty. Firma, która podjęła się zadania, wykorzystała sprzęt wspinaczkowy. Wieża w tym przypadku została potraktowana jak oryginalna góra, na której przez jakiś czas zawiśli na linach pracownicy firmy zajmującej się na co dzień nietypowymi zamówieniami.  Wydarzeniu przyglądał się tłum przechodniów. Emocje chyba jednak nie były tak wielkie. Profesjonalizm ekipy nie budził zastrzeżeń, akcję przeprowadzono sprawnie. Łatwo o refleksję, że do podobnych widoków – chociażby za pośrednictwem telewizyjnego ekranu – jesteśmy przyzwyczajeni.

Przed 150 laty wykonanie tej samej operacji stało się widowiskiem mrożącym krew w żyłach. Wówczas dwóch śmiałków, Mateusz Strycharski, młynarz z Opatówka i Franciszek Spalony ze wsi Tyniec, weszło na hełm kolegiaty bez rusztowań, ale także bez żadnej asekuracji. Wykazali się przy tym pomysłowością, jak rzeczowo zauważył relacjonujący, „bez żadnej zgoła nauki ludzie przekonali, (…) że prosty rozum najlepszy”. Ich działania musiały przypominać podniebną ekwilibrystykę. „Zrobiwszy otwór ze środka wieży pod samą banią [gałką] i na wysuniętej przez otwór desce, wydobywszy się na zewnątrz, pomysłowi i odważni przedsiębiorcy zdołali zarzucić sznury aż do krzyża i umocowawszy je przy podstawie, zawiesili na sznurach w powietrzu rusztowanie swoje, rozpoczynając na niem dalszą pracę” [pis. oryginalna] – podaje gazetowa relacja z 5 lipca 1846 r. Kropkę nad „i” postawił Strycharski, który wraz ze zdemontowanym krzyżem zjechał po wypuszczonych z wierzchołka wieży linach; zjechał ze sporym ładunkiem – krzyż ważył ok. 4  cetnarów (1 cetnar = ok. 65 kg!). Widzowie musieli się czuć usatysfakcjonowani, skoro nagrodzili rzemieślnika spontanicznie zebraną składką.

Zgodnie ze starym zwyczajem w miedzianej gałce znaleziono opis kościoła i wydarzeń z 1846 r. Dowiadujemy się z niego, że krzyż pochylił się skutkiem „szturmu wielkich wichrów” i został odnowiony wraz ze świątynią za panowania Najmiłościwszego Cesarza Wszech Rosji Króla Polski Mikołaja I podczas namiestnikowania feldmarszałka Paszkiewicza i szczególnym staraniem Macieja Bończy Tomaszewskiego, biskupa diecezji kujawsko-kaliskiej (istniała do 1925 r.). Do opisu dołączono gazetową relację. Gest ten powtórzono w międzywojniu, kiedy po raz kolejny remontowano hełm, i ponownie w 2002 r., kiedy do bani trafiły dokumenty z informacjami o ostatniej restauracji zwieńczenia. Dla potomnych skarb nie do przecenienia.

 

Światło dla Matki Boskiej

Mniej sprawnym fizycznie pozostają schody. Wędrówka zaczyna się za ciężkimi drzwiami po lewej stronie w kościelnej kruchcie. Wąski, kręty korytarz zaprowadzi na pierwsze piętro. Kondygnacja jest przestronna i jasna (cóż za kontrast w porównaniu z mrocznym wnętrzem wieży św. Mikołaja!). Z trzech stron została przebita wysokimi oknami. Byłaby zalana światłem, gdyby nie drewniane okiennice. Jedne mają otwory w formie serc, inne zostały wycięte w półksiężyce. Przychodzą na myśl bajkowo-piernikowe skojarzenia, ale skoro jesteśmy w bazylice Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, kształt świetlików można łączyć z chrześcijańską symboliką. Oba wyobrażenia w ikonografii są wiązane z Maryją.

Jest coraz wyżej i nawet szerokie schody nie dają poczucia bezpieczeństwa. Po lewej ściana, po prawej przepaść, nad głową, w trudno dostępnym miejscu, tablica z nazwiskami osób zaangażowanych w XIX-wieczną restaurację. Warto jednak się wspinać, bo dopiero na drugim piętrze przychodzi miłe uczucie odkrywania tego, co zwykle zakryte. Stoimy nad korpusem świątyni. Wypukła konstrukcja sklepienia nawy głównej przypomina w mroku śpiące od setek lat mityczne zwierzę. Scena jest oświetlona punktowo: przez ściany więźby dachu raz po raz przebłyskuje słońce. Tak musi wyglądać wspólny raj scenografów i fotografów. We wnętrzu drugiego piętra światło się zmienia. Jedną z części okna zakrywa różowy materiał, który filtruje kolor do środka. 

Schody przy ścianie robią się węższe. Strach niweluje fragment panoramy Kalisza, rozpościerający się z niewielkiego okienka przed wejściem na kondygnację zegarową. Tylko na tej wysokości można się dobrze przyjrzeć sygnaturce na dachu.

Dalej jest już ciemno. Zegarowego mechanizmu nie widać, ale dobrze słychać. Tutaj na wieży kolegiackiego kościoła odmierzany czas ma swój dźwięk. Życie trwa albo ucieka. Wieże są metaforami: wzrastania, bo pną się w górę, i umierania, bo pełno tu ptasich szkieletów w różnym stopniu rozkładu.

Strycharski ze Spalonym byli jeszcze wyżej; byli tam, gdzie hełm zaczyna przypominać powyginaną w fantazyjne formy zjeżdżalnię i gdzie nie ma już żadnych schodów.   

 

Jak anioł

Historia wieży kaliskiej kolegiaty zaczyna się od katastrofy. W 1783 r. runęła południowa nawa średniowiecznego kościoła. Do tej pory bryła świątyni była podtrzymywana przez ruiny pałacu arcybiskupiego. Kiedy zapadła decyzja o ich rozebraniu, stare ściany zaczęły się walić. Według słów świadka wydarzeń, „kształtna kolegiata w kupę zamieniła się gruzów”. Odbudowa prowadzona przez wielkiego propagatora kultu św. Józefa ks. kustosza Stanisława Józefa Kłossowskiego bardzo zmieniła świątynię; z gotyckiej hali przekształciła się w późnobarokową bazylikę z charakterystyczną wieżą w fasadzie. W tym czasie powstała słynna kaplica cudownego obrazu św. Józefa Kaliskiego.

Z biegiem dziesięcioleci w oczach pielgrzymów wizytówką miasta nad Prosną stała się kolegiacka wieża. Mimo że w porównaniu z najwyższymi w Europie jest dwa, a nawet trzy razy niższa, zawsze przyciągała uwagę. Okresu międzywojennego sięga opowieść o schizofreniku Józiu, przez dzieci przezywanym Pujem. Ten niezwykle wykształcony i oczytany człowiek porównał kiedyś wieżę do wielkiego anioła. Chory miał też przepowiedzieć jej przyszłość. „A jednak przewróci się, bo wszystko w życiu musi się przewrócić” – mówił Józiu, podpierając się Horacym. Druga wojna światowa urzeczywistniła jego słowa. W 1945 r. czerwonoarmiści zestrzelili hełm kościoła, gdzie hitlerowcy ulokowali swój punkt obserwacyjny (z tych samych powodów został oszpecony kościół św. Gotarda na Rypinku). Utrąconą część zrekonstruowano już trzy lata później. Sygnaturka wróciła na swoje miejsce dopiero w 2000 r. dzięki staraniom ks. kustosza Lucjana Andrzejczaka.

 

Wieża gra

Wieża wrosła także w dźwiękowy pejzaż Kalisza. W 1896 r. kaliski kupiec Ludwik Mikulski część swoich pieniędzy przekazał w testamencie na opłacanie dwóch muzykantów, którzy z jej wysokości mieli wygrywać „Kiedy ranne wstają zorze” o g. 6 i „Wszystkie nasze dzienne sprawy” o g. 20. Z czasem ludzi zastąpiły mechaniczne kuranty. Zwyczaj, kultywowany jeszcze w okresie międzywojennym, odżył po zrekonstruowaniu sygnaturki. Wtedy dodano „Pieśń do św. Józefa”, graną w południe.