In Englisch In Italiano Auf Deutsch
Dom Pielgrzyma im. Św. Józefa
Dołącz do nas na Facebook'u
Poniedziałek V tygodnia Wielkiego Postu
Dn 13,41-62; J 8,1-11

Anna Tabaka, Maciej Błachowicz

 

O dziewiętnastowiecznym wystroju kościoła Wniebowzięcia NMP

Architektoniczna historia kolegiaty kaliskiej przypomina wieloelementową układankę. W barwnym obrazie zabrakło sztuki końca XIX i początku XX w. Modernizacje lat 50. minionego stulecia, dokonane pod hasłem powrotu do pierwotnego stanu cennego zabytku, bezpowrotnie zniszczyły większość wystroju, który nosił znamiona historycyzmu, eklektyzmu i secesji.

Rozpoczęło się od wielkiej katastrofy budowlanej. Kiedy w 1783 r. zawalił się kościół pamiętający jeszcze czasy średniowiecznej fundacji biskupa Jarosława, na zrębie zachowanych murów powstała budowla w niczym niepodobna do dawnej. W nowej, barokowej przestrzeni, wyznaczonej złoconymi ołtarzami, wąskie prezbiterium pozostało jedynym elementem pierwotnym. Wkrótce biskup Kajetan Koźmian ufundował klasycystyczny ołtarz główny i kanonickie stalle, zamówione w kaliskim zakładzie stolarskim Mohra. Zachowane do dziś siedziska cieszą oko barwnymi scenami z życia Marii. Autorem malowideł, według różnych źródeł, był prof. Freyer lub F. Iwaszniewicz. Nazwisko projektanta ołtarza skrywa zamurowana pod konstrukcją szklana tuba z dokumentami dotyczącymi okoliczności budowy.

Monumentalny spokój biskupiej fundacji odbiegał zarówno od surowości gotyckiego sklepienia, jak i bogatej architektury barokowych ołtarzy. W 1835 r. w całym kościele położono dwubarwną szachownicę marmurowej posadzki. Wnętrze wzbogacało się o kolejne kunsztowne drobiazgi, takie jak wystawiony w jednym z okien wizerunek św. Rodziny, rysowany czarną kredą przez kadeta Brzezińskiego. Zagościł też w kolegiacie świat morskiej fauny i flory, reprezentowany w dekoracji piaskowcowej chrzcielnicy z 1876 r. W II poł. XIX stulecia w dwóch ołtarzach bocznych pojawiły się obrazy kaliskich malarzy – Hipolita Pinki i Kazimierza Barcikowskiego. W 1892 r. w kolegiacie umieszczono gotycki poliptyk Mistrza z Gościszowic, dotychczas przechowywany w kościółku na Zawodziu. Pracami nad aranżacją malowanych kwater i rzeźb w nowym otoczeniu kierował złotnik i malarz Stanisław Janusiewicz. A że w figurach apostołów błędnie widziano rękę samego Wita Stwosza, całość wstawiono w neogotycką oprawę, wzorowaną na detalach ołtarza mariackiego. Mniej więcej w tym samym czasie nad wielkim ołtarzem pojawił się witraż z zakładu hrabiny Marii Łubieńskiej z wyobrażeniem Wniebowzięcia NMP, a w oknie prawej nawy witraż ze sceną Zwiastowania, wykonany w warszawskiej Pracowni św. Łukasza.

Mimo tych starań niespójne stylowo wnętrze sprawiało wrażenie chłodnego i pustego, co dodatkowo potęgowała niczym nierozproszona biel ścian i sklepień.

 

Kolegiata na początku wieku

Koniec XIX w. zaczął się w kolegiacie od wprowadzania nowoczesności. Między 1899 a 1900 r. w kościele zamontowano oświetlenie gazowe. We wnętrzu pojawił się wspaniały złocony żyrandol na 24 płomienie, zakupiony przez znanego kupca Gustawa Tschinkla. Być może wtedy przerobiono na lampy XVI-wieczne świeczniki (warsztat K. Olendorfa), dodając im metalowe ramiona, zakończone kloszami naśladującymi prawdziwe płomienie. Przy okazji montowania rur do gazu i naprawy posadzki Mieczysław Rawita Witanowski otworzył znajdującą się w podziemiach trumnę arcybiskupa Karnkowskiego; wyjął z niej resztki haftowanego płaszcza z herbem Junosza.

Największą zmianę przyniósł jednak 1904 r., kiedy to z inicjatywy wicekustosza ks. Mieczysława Janowskiego cały kościół przyozdobiono polichromiami pędzla zespołu malarskiego w składzie: Stanisław Rudziński, Stanisław Jasieński i Bronisław Wiśniewski. Ta sama grupa rok później wykonała zachowane do dziś polichromie w prezbiterium kościoła św. Mikołaja i w dobrzeckiej świątyni.

Po latach mniej czy bardziej udanego kopiowania stylów przeszłości artyści pragnęli wreszcie uwolnić się od bagażu minionych czasów. Uprzemysłowienie i urbanizacja rodziły tęsknotę za nieskażoną cywilizacją przyrodą. Komplikujące się stosunki społeczne sprawiały, że malarze w poszukiwaniu prostoty sięgnęli po motywy zdobnicze zaczerpnięte z natury i sztuki ludowej. Z tendencji tych wyrosła nowa dekoracja malarska kolegiaty.

 

Madonna i święci w zakopiańskiej chacie

Tak oto na dotychczas pustych ścianach prezbiterium pojawiły się stylizowane postacie świętych. Byli to, rozmieszczeni parami, Kazimierz i Stanisław oraz bł. Jolanta z Kunegundą. W nawie głównej znalazło się miejsce na sceny z życia Jezusa i Maryi, wśród nich: „Koronacja NMP” i „Maryja z Dzieciątkiem podająca św. Dominikowi różaniec”. W lewej nawie klęczał św. Wojciech w stroju biskupa, w prawej pojawił się św. Józef z małym Jezusem na ręku. Najbardziej oryginalny pomysł zastosowano w łuku (tęczy) nad prezbiterium, gdzie Maryję i Dzieciątko otaczały półkola aniołków – każdy z polnym kwiatkiem w ręku. Tam, gdzie nie było już pomysłu na świętych, pustkę zapełniły anielice z kadzidłami i trąbami. Wyraz ich twarzyczek współczesny krytyk polichromii określił jako „naiwnoniewieści”.

Malarze postawili sobie za cel ozdobienie każdego fragmentu świątyni „ludową” malaturą. Artystyczna wyobraźnia nie pozwoliła im zostawić ani kawałka pustego miejsca. Wśród barokowych ołtarzy zakwitły radosne powoje, malwy i inne kwiaty z ludowych ogródków. Całość okraszono zakopiańskimi zygzakami oraz poziomo rozmieszczonymi dekoracjami, nawiązującymi do stylistyki polskich pasów kontuszowych. Na tych barwnych płaszczyznach rozwinięto kolejne sceny. A że ludomania wśród ówczesnej inteligencji przyjęła zatrważające rozmiary, nawet świętym nie darowano „swojskiego” charakteru. Skoro panowie z najlepszych rodów mogli żenić się z chłopkami, to i zastępy niebiańskie mogły przywdziać sukmanę i tańczyć na sklepieniach w rytm ludowych oberków.

Ówcześni porównywali nowo kreowane wnętrze kolegiaty do suto zdobionej zakopiańskiej chaty, podnosząc jednocześnie, że: „dogmaty Kościoła, cuda i cnoty nie przemawiają do duszy artystów tak jak sprzęty i ozdoby chłopskich chat i ich stroje”.

 

Nutka dekadencji

Uważne oko w tych radosnych opowieściach dostrzegłoby jednak coś jeszcze. Współczesny krytyk polichromii, ks. Szadkowski ze Zbierska, zarzucił dziełu brak prawdziwej wiary i tylko pozornie religijny charakter. Zza powtarzalności „swojskich” detali wyziera charakterystyczna dla fin de siecle`u pustka, nieumiejętność wyrażenia uczuć innych niż metafizyczny lęk i niepokój. Ludowość dzieła, tu zmieszana z nutą dekadencji, koresponduje z ciężką atmosferą opisaną w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego (premiera 1901 r.), w którym Polacy jawią się jako społeczeństwo pozbawione idei, pogrążone w duchowym marazmie, z trudem ukrywanym pod hasłem powrotu do ludu.

W 1905 r. ten sam lud, ściślej – źle opłacani robotnicy, po raz pierwszy przemówi własnym głosem. Przez Kalisz i całe Królestwo Polskie przetoczy się fala rewolucji;  proletariackie hasła zmieszają się z pieśniami religijnymi. Z tego okresu pochodzą dwa obrazy, umieszczone w bocznych ołtarzach: Matki Boskiej Ostrobramskiej i Częstochowskiej. W ten sposób starano się podkreślić, że sprawa narodowa, odzyskanie niepodległości, są nieodłącznie związane z utrzymaniem wiary przodków, zagrożonej nowymi rewolucyjnymi hasłami.

 

Sztuka czy kicz

Dziś, kiedy po usuniętej między 1950 a 1960 r. polichromii nie ma już śladu (z wyjątkiem nikłych fragmentów za ołtarzami bocznymi), bardzo trudno ocenić jej artystyczną wartość. W chwili powstania malatury osąd był  niezwykle surowy. Wydaje się jednak, że dawny zarzut o braku walorów estetycznych polichromii dzisiaj straciłby aktualność. Umiejętność stworzenia oryginalnego dzieła, odważna próba połączenia w całość niejednorodnego stylowo wnętrza – to argumenty, które przemawiają na korzyść młodopolskiej kreacji.