In Englisch In Italiano Auf Deutsch
Dom Pielgrzyma im. Św. Józefa
Dołącz do nas na Facebook'u
Piątek V tygodnia Wielkiego Postu
Jr 20,10-13; J 10,31-42
https://www.swietyjozef.kalisz.pl/main/jp2kalisz.gif

Wspomnienia z wizyty JP II w Kaliszu

Papież obecny przy spotkanym człowieku

W krótkim, zwykłym spotkaniu, przy powitaniu, doświadczyłem ogromnej pojemności pamięci i serca Ojca Świętego Jana Pawła II. Czasem wydawać by się mogło, że zbliżając się i patrząc już dalej, Ojciec Święty chyba nie jest już „obecny” przy mnie, ale On mnie właśnie spotkał i znalazł, a równocześnie idzie już do drugiego. I wie, co mi w tej chwili powiedzieć, bardzo osobistego, dla mnie. Otóż po wylądowaniu w Kaliszu i wyjściu z helikoptera, posuwając się w przywitaniu ku kolejnym osobom, spojrzał na mnie i zapytał: - Czy Ksiądz Biskup jeszcze pisze artykuły o Trójcy Świętej? Po złapaniu oddechu, odpowiedziałem, że już nie. Odparł na to z lekkim uśmiechem - idąc dalej - Ja też nie mogę pisać. Brakuje mi czasu.

Zdziwiony i głęboko ujęty tym pytaniem, pomyślałem: „spotykał i spotyka tylu ludzi, tyle spraw ma na głowie, tyle czytał i czyta (tak!), tu stoją kolejni ludzie do przywitania, rozpoczyna kolejny pracowity dzień pielgrzymki, a On kiedyś, wśród wielu lektur, czytał, czy może przeglądał także moje skromne artykuły - zna ich tematykę (tak!), pamięta, i w tej właśnie krótkiej chwili życzliwie przypomina coś dla mnie istotnego... i dane mi to było usłyszeć z ust Ojca Świętego! Jak On jest obecny przy konkretnym spotkanym człowieku! Jak pojemną ma pamięć i serce!

Ks. bp Teofil Wilski

 

To spotkanie było darem

To spotkanie było darem. Po ludzku nie powinno do niego dojść. Nie miałam zarezerwowanego miejsca w sektorze, ani w żadnym innym miejscu umożliwiającym choćby zobaczenie Ojca św. Nie miałam też identyfikatora, który pozwalałby mi na pobyt w tym miejscu. A jednak... Bóg znał moje głębokie pragnienie. Wszyscy mamy przed oczami obraz św. Rodziny z bazyliki św. Józefa. Pamiętamy gest złączonych rąk jaki widnieje na tym obrazie. Tego dnia św. Józef chwycił moją dłoń, by zaprowadzić mnie do Ojca św. Ks. bp Jan Chrapek, który odpowiadał za pielgrzymkę Ojca św. w Polsce był moim św. Józefem. Pierwsze spotkanie miało miejsce w bazylice św. Józefa. Ludzie bardzo różnie reagują widząc Ojca św. Ja zamarłam z wrażenia. Przez chwilę nie mogłam się poruszyć z miejsca. Ojciec św. wrażliwy na każdego człowieka zatrzymał się w pobliżu. Uklękłam i z wielkim szacunkiem ucałowałam jego dłoń. To wydarzenie upamiętniła seria zdjęć wykonana przez Arturo Mari. Gdy się podniosłam Ojciec św. pieszczotliwie połaskotał mnie pod brodą. Jego spontaniczność czasami jest nieprzewidywalna, bo nawet czujny fotograf nie zdołał tego uchwycić. Gest Ojca św. wywołał uśmiech na mojej twarzy i chyba tego właśnie oczekiwał. Na zdjęciach, które są dla mnie cenną pamiątką, wyraz moich oczu wskazuje na to, że chcę zarejestrować każdy szczegół z tego wydarzenia. Byłam niezmiernie szczęśliwa. A jednak powtórzę to ponownie z wielkim zachwytem, Bóg nie da się prześcignąć w swej hojności. Tego dnia spotkałam Ojca św. drugi raz, także za sprawą mojego „św. Józefa”. Znalazłam się przy samym ołtarzu, na podium, gdzie mogłam uczestniczyć we Mszy św. Ponownie stanęłam przed Ojcem św. dyskretnie zachęcona przez obecnego ks. kardynała Dziwisza. Zbliżyłam się z wyciągniętymi dłońmi, w geście serdecznego powitania. Powiedziałam: „Kochamy Cię Ojcze św.”- miałam świadomość, że jestem wyrazicielką wielu ludzi. Tu czujny fotograf upamiętnił najpiękniejszą chwilę, gdy Ojciec św. trzyma w dłoniach moją głowę i składa na mym czole ojcowski pocałunek. Powtórzył ten gest, jakby chciał powiedziecieć: w ten sposób obejmuję wszystkich. Na pewno tak było...

S.M. Eliza, nazaretanka

 

Nasze oczy się spotkały

Pamiętam wielkie przygotowania: tato chodził na próby połączonych chórów, a ja szykowałam dekorację okien, ponieważ Papież miał przejeżdżać ulicą tuż pod naszym parterowym mieszkaniem. Kilka tygodni wcześniej odwiedzili nas policjanci - mieliśmy podać listę osób, których będziemy gościć w dniu wizyty Ojca Świętego w Kaliszu. To wszystko dodawało powagi i podnosiło niezwykłość wydarzenia.

W sam dzień wizyty Ojca Św. w Kaliszu byłam bardzo przeziębiona, miałam wysoką gorączkę i dlatego podjęłam decyzję, że nie pójdę na Mszę Świętą, dziękując losowi za to, że zobaczę Papieża z okien mieszkania. Jednak namówił mnie kolega i poszłam. Niewiele pamiętam z Mszy Świętej, ale pamiętam jak zaraz po błogosławieństwie końcowym pobiegliśmy, aby zdążyć do okien na czas przejazdu Papieża. I ten moment był dla mnie najważniejszy i najbardziej pamiętny. W tłumie ochroniarzy, wśród szpaleru szczęśliwych ludzi, Jan Paweł II, przejeżdżając wolno ulicą Kościuszki podniósł odrobinę głowę (może spojrzał na wielką dekorację?) i nasze oczy się spotkały! Jestem pewna, że w tym momencie patrzał na mnie, myślał o mnie i pobłogosławił całej naszej rodzinie licznie zgromadzonej w otwartym szeroko oknie. Ten jeden krótki moment zapamiętaliśmy wszyscy - błogosławieństwo Jana Pawła II jest z nami do dziś, czujemy je zwłaszcza podczas choroby kogoś z domowników. Przypomina o tym wiszący na ścianie portret Papieża (zdjęcie z 1999 roku z plasterkiem na czole) i zasuszony gerber zabrany z dekoracji kaliskiego ołtarza papieskiego.

Jolanta Szymańska

 

Niespodziewana wizyta...

„O roku ów, kto cię wtedy widział w naszym kraju” wołamy za A. Mickiewiczem wspominając 4 czerwca 1997 roku. To najważniejszy rok i dzień dla starego grodu nad Prosną. Czekaliśmy na tę chwilę od początku pontyfikatu Jana Pawła II. Zawsze jednak uprzedzały nas większe metropolie: Warszawa, Częstochowa, Kraków czy Gdańsk. Nie ustawaliśmy jednak w staraniach, by nasze marzenia się spełniły. Pewna nadzieja zabłysła, gdy Ojciec św. miał odwiedzić diecezję włocławską. Wtedy rozważano jako główne miejsce spotkania Kalisz, który wtedy należał do tejże diecezji.

Brano pod uwagę, że cudowny obraz św. Józefa przyciągnie uwagę organizatorów i przekonają Papieża do tej koncepcji. Było nawet tak, że pewnego dnia zjechał do Kalisza biskup włocławski Henryk Muszyński i pojechaliśmy oglądać pole, na którym miała odbyć się główna celebra. Był to Marchwacz. Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że Ojciec św. jednak będzie we Włocławku.

W tym stanie rzeczy wybraliśmy inną metodę. Niemal co roku jeździliśmy z pielgrzymką do Wiecznego Miasta i przy pomocy o. Hejmo staraliśmy się o indywidualne spotkanie naszej grupy z Ojcem św. Mamy na dowód tego piękne dwa zdjęcia, które uwieczniły nasze spotkania: raz na dziedzińcu w pobliżu auli Pawła VI. Było to zaraz po generalnej audiencji. Nasze zaproszenie było wypisane na specjalnym transparencie i brzmiało: Kalisz zaprasza - czeka. Prośba nasza była także wyrażona ustnie przeze mnie i Ks. Jacka Plotę, a Ojciec św. uśmiechając się dobrotliwie odpowiedział: „Jak Bóg da...”.

Jeszcze większe szczęście spotkało nas 26 sierpnia 1990 roku, gdy zostaliśmy zaproszeni do Castel Gandolfo i mogliśmy o godz. 7.00 rano wejść na dziedziniec wewnętrzny pałacu apostolskiego i koncelebrować z Ojcem św. Mszę św. w towarzystwie ks. Stanisława Dziwisza i innych kilku księży. Potem Ojciec św. podszedł do naszej grupy i przyjął w darze gobelin, na którym był uwidoczniony Tadeusz Kościuszko pod Racławicami. Wtedy też ponownie prosiłem Ojca św. o nawiedzenie Kalisza... i znów padły słowa: „Jak Bóg da” i dodał: „Ufajcie i czekajcie”...

Po powstaniu diecezji kaliskiej 25 marca 1992 roku w tych prośbach wyręczał nas biskup kaliski Stanisław Napierała. Wreszcie nasze nadzieje zostały potwierdzone: Papież przyjedzie do Kalisza w czerwcu 1997 roku. Cała diecezja była szczęśliwa, tylko nieliczni „troskliwie” mówili, że Kalisza nie stać na taką wizytę i wołali, chcąc zakrzyczeć naszą radość: „a ile to będzie kosztować?”. Po wizycie okazało się, że Papież nic nam nie zabrał. Wręcz przeciwnie: przez fakt pobytu Ojca św. Kalisz w owych dniach był na ustach całego świata. Zostało odnowione miasto i zostało w nim wiekopomne przesłanie, które wygłosił Papież tu nad Prosną: „Nie wolno zabijać nienarodzonych dzieci...”.

Tak, jak cały Kalisz, do wizyty papieskiej przygotowywana była także katedra św. Mikołaja. Odnowiona została cała polichromia i otoczenie katedry. Wciąż jednak brakowało oficjalnego potwierdzenia Stolicy Apostolskiej, że Papież nawiedzi naszą katedrę. I tak było do samego końca. Ksiądz Biskup Ordynariusz pocieszał mnie, że jeśli nie ma odpowiedzi negatywnej, to na pewno nasza prośba jest brana pod uwagę przez Ojca św. Pocieszyło nas również to, że na kilka tygodni przed przybyciem Ojca św. do Kalisza odwiedził nasze miasto, a także katedrę osobisty ceremoniarz Papieża. To dodało nam otuchy. Tuż przed przybyciem Ojca św. nawiedzili nas także panowie z Biura Ochrony Rządu i sprawdzali każdy centymetr Matki Kościołów. To świadczyło, że chyba jednak Piotr naszych czasów nawiedzi kaliską katedrę.

Wieczorem, około godz. 23.00 dnia 3 czerwca pojawili się ponownie panowie z BOR-u i kazali wyprosić wszystkich ludzi z katedry, bo muszą ją dokładnie obejrzeć. Nie zgodziłem się na to, bo wielu już spało i nie chcieli wyjść. Ostatecznie uzgodniliśmy, że przyjdą około 6.00 rano, kiedy wierni oczekujący na Papieża będą mogli zająć miejsca w sektorach.

Na dzień przybycia tak dostojnego Gościa miasto było przybrane flagami narodowymi i papieskimi oraz wieloma transparentami. Cała ulica Złota, na której najpierw miał się pojawić Dostojny Gość była przybrana dużymi flagami na specjalnych masztach. Gdyśmy z ks. wikariuszem Darkiem Matusiakiem sprawdzali, czy wszystko jest w należytym porządku, jeden z parafian nam donosi, że niemal wszystkie flagi na ul. Złotej nagła wichura powaliła na ziemię. Przy pomocy kilku ochotników udało się nam jeszcze tego wieczoru postawić wszystkie maszty na swoim miejscu.

Wreszcie nadeszła oczekiwana tak długo chwila. Na błękitnym niebie nad Kaliszem około godz. 10.00, 4 czerwca 1997 roku pojawiły się wojskowe helikoptery, a wśród nich ten najważniejszy: z Ojcem św. Janem Pawłem II. Trudno znaleźć odpowiednie słowa, które oddałyby naszą radość. A ja wciąż, jako proboszcz katedry nie wiedziałem, czy Papież przybędzie do naszej katedry. Dopiero pod koniec Komunii św. główny spiker, którym był ks. kan. Jerzy Jeżowski ogłasza, że za chwilę Ojciec św. uda się do katedry na krótkie dziękczynienie. Wtedy szybko opuściłem podium, na którym odbywała się Msza św. i pobiegłem w ornacie ul. Grodzką, by zdążyć powitać Ojca św. w drzwiach katedry.

Ojciec św. przyjechał do katedry odkrytym papamobile w towarzystwie ks. biskupa ordynariusza Stanisława Napierały. Na powitanie podałem Papieżowi krzyż do ucałowania. Ksiądz Biskup Ordynariusz przedstawił każdego z nas Ojcu św., a następnie udaliśmy się do katedry. Ojciec św. - już wtedy z trudem poruszał się - więc przynieśliśmy klęcznik przygotowany przy ołtarzu w pobliże chóru, na którym Jego Świątobliwość zatopił się w głębokiej modlitwie. W katedrze towarzyszyli Mu Sekretarz Stanu kard. Angelo Sodano, NuncjuszAp. w Polsce arcybiskup Józef Kowalczyk, ks. kardynał Franciszek Macharski, arcybiskup gnieźnieński Henryk Muszyński, ks. biskup Teofil Wilski i oczywiście biskup kaliski Stanisław Napierała. Po modlitwie Ojciec św. wstał i wtedy mogłem Mu przedstawić krotką historie naszej katedry. Ojciec św. dla upamiętnienia swego pobytu Matce Kościołów diecezji kaliskiej ofiarował kielich wraz z pateną, a każdego z księży pracujących w tej świątyni obdarował różańcem.

Po modlitwie w naszej katedrze Ojciec św. bardzo rozradowany i uśmiechnięty zaprosił nas z rewizytą do Rzymu. Oczywiście skorzystaliśmy z tego zaproszenia i jesienią jeszcze tegoż roku 1997 pojechaliśmy z podziękowaniem do Wiecznego Miasta, by wyrazić hołd i naszą wdzięczność Ojcu św. za tyle łaski, którą byliśmy obdarowani. „O roku ów, kto cię widział wtedy w naszym kraju”, w naszym Kaliszu, nigdy cię nie zapomni.

Ks. prał. Andrzej Gaweł

 

Uczelnia pełna śladów papieskiej obecności

Niewiele uczelni na świecie, przygotowujących młodych ludzi do posługi kapłańskiej, może cieszyć się i pochwalić faktem, że jest poświęcona ręką Ojca Świętego Jana Pawła II. Do takich należy Wyższe Seminarium Duchowne Diecezji Kaliskiej.

Kiedy 16 października 1993 roku, a zatem dokładnie w XV rocznicę pontyfikatu Papieża Polaka, rozpoczynałem budowę tej uczelni, gdzieś w mojej podświadomości tkwiła myśl, że ta budowla, przez tę datę, będzie na trwałe związana z osobą Wielkiego Polaka. Wtedy jednak nikt nie ośmielił się nawet marzyć o tym, że Ojciec Święty będzie w niej gościł i poświęci ją. Ta myśl przyszła później. Kiedy jednak ośmieliłem się wyjawić ją naszemu Księdzu Biskupowi, On, który też gorąco tego pragnął, studził moje zapędy oznajmiając: „to nie realne”. Opaczność widziała tę sprawę jednak inaczej, albowiem stało się to faktem i to bardzo rychło, bo jeszcze w trakcie budowy seminarium - 4 czerwca 1997 roku, kiedy prace budowlane zbliżały się ku końcowi. Przyznać tu wypada, że wizyta papieska była wyjątkowym motorem wielkiej mobilizacji i przyspieszenia prac budowlanych. Powiedzmy szczerze, gdyby nie owa wizyta, budowa tak ogromnego gmachu o powierzchni użytkowej 12,5 tys. m2 trwałaby o wiele, wiele dłużej, a tak finał jej nastąpił po czterech i pół roku prac.

Tamten wyjątkowy dzień pozostawił w naszym seminarium wiele śladów obecności Ojca Świętego Jana Pawła II. Niektóre z nich to:
- apartament, w którym w godzinach poobiednich Ojciec Święty nieco odpoczął;
- sala, w której Jan Paweł II, w gronie orszaku papieskiego i zaproszonych gości, spożył posiłek po Mszy św. odprawianej przed bazyliką św. Józefa;
- lotnisko helikopterowe, gdzie wylądował i skąd odleciał do Częstochowy śmigłowcem z dostojnym Gościem;
- dwa piękne dęby piramidalne zasadzone rękoma Sługi Bożego przed seminarium;
- tablica z podobizną Papieża i Jego słowami wypowiedzianymi podczas pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny, pobłogosławiona przez Biskupa Rzymu;
- dar Ojca Świętego dla naszej uczelni, metaloplastyka z Matką Bożą karmiącą;
- a przede wszystkim kaplica seminaryjna pobłogosławiona i poświęcona przez sługę Bożego Jana Pawła II, w której modlił się, przed odlotem do duchowej stolicy Polski - Jasnej Góry.

Przygotowania do przyjęcia tego wyjątkowego Gościa rozpoczęliśmy zaraz po pierwszych sygnałach jakie do nas dotarły o możliwości takiej wizyty i trwały około roku. Najkrócej mówiąc seminarium w tamtym czasie było jeszcze w „kompletnym proszku”, do tego stopnia, że inspekcja kościelno-rządowa, która do nas przybyła kilkanaście tygodni później wyrażała wielkie obawy, co do tego, że zdążymy z przygotowaniami na czas. Dla nas nie było wyjścia i alternatywy. Musieliśmy gdzieś przyjąć licznych gości towarzyszących Papieżowi (około 700 osób), a ponadto bardzo pragnęliśmy, aby Ojciec Święty poświęcił nasze seminarium. Trzeba było więc zmobilizować wszystkie możliwe siły i bardzo, ale to bardzo energicznie wziąć się do pracy, innego wyjścia nie widzieliśmy. Dla mnie osobiście był to szczególny wysiłek, albowiem wszystkie prace, przez cały czas budowy, były organizowane, zarządzane i dopilnowywane jednoosobowo. Tak, trudno w to uwierzyć, ale cała administracja budowy, przez cały czas jej trwania, to był jeden człowiek, ja.

W dodatku jeszcze, na miesiąc przed papieską pielgrzymką, musiałem zająć się budową papieskiego ołtarza i całego jego otoczenia, projektu dr. Zygmunta Baranka, plastyka z Kalisza. Nie mnie oceniać wygląd tego dzieła, ale wydaje się, że było jednym z estetyczniejszych i udanym pod wieloma względami, a pewnie i najtańszym w wykonaniu, bo większość materiałów do jego zbudowania pozyskałem nieodpłatnie.

Trudno opisywać tutaj całość prac przygotowawczych pielgrzymki Jana Pawła II do św. Józefa i młodej diecezji kaliskiej, wspomnę jedynie jej charakterystyczniejsze momenty.

Kiedy, po raz drugi, na ponad dwa miesiące przed pielgrzymką, przybyła do nas delegacja watykańsko-rządowo-episkopalna, odpowiedzialna za przygotowanie wizyty Papieża w Polsce, to się uśmiechali. Mówili do mnie wręcz: „przecież wy nie zdążycie”. Ja jednak założyłem, że będziemy mieli jeszcze trzy dni wolnego przed przyjazdem Ojca Świętego i rzeczywiście to nam się udało. Przygotowaliśmy cały obiekt wraz z umeblowaniem na tyle, że mogliśmy godnie przyjąć wszystkich gości. Wszystko wręcz lśniło. Jedynie wnętrze akademika nie było gotowe, trwały w nim prace wykończeniowe, ale takie było wcześniejsze założenie. Gotowe było także otoczenie seminarium.

Na parę dni przed przyjazdem Papieża pojawiła się ekipa z Biura Ochrony Rządu. Przerazili nas swoimi kontrolami. Zachowywali się tak i tak się „szarogęsili”, że gdyby im pozwolić to zdewastowaliby tak bardzo pieczołowicie przygotowywany gmach. Niezbędne było również przygotowanie terenu, gdzie Ojciec Święty wraz z orszakiem mógłby wylądować. Okazało się błogosławieństwem, że wcześniej udało nam się nabyć 3,5 hektara ziemi przylegającej do seminarium. Tam, na tym terenie, gdzie dzisiaj jest boisko sportowe, można było zorganizować 10 stanowisk pod lądowanie helikopterów. Jedno z nich, to gdzie lądował papieski helikopter, pozostało w stanie nienaruszonym do dzisiaj, czyniąc naszą uczelnię, seminarium z lotniskiem.

W przygotowanie otoczenia poza terenem Wyższego Seminarium Duchownego, chciało się włączyć miasto i wykonać drogę dojazdową, a przed budynkiem chodniki i oświetlenie. Kiedy jednak postawili, w żaden sposób nie pasujące do całości, lampy oświetleniowe bardzo się zirytowałem. Prawie o północy ściągnąłem na Złotą prezydenta miasta. Gdy stwierdził, że na inne, wcześniej uzgodnione, nie stać ich, nie ustąpiłem, oznajmiając: „w takim razie nie wykonujcie żadnych, aby nie doszło do ruiny miasta”. Trzy dni później pojawiło się właściwe oświetlenie uliczne.

Jak już wspominałem, w seminarium był przygotowywany posiłek dla Ojca Świętego i siedmiuset innych gości. Poza tym, że to ogromne przedsięwzięcie i trudne zadanie, niektóre służby chciały nam w to ingerować, bardzo utrudniając pracę. Kiedy stanowczo nie zgodziliśmy się na to, całą odpowiedzialność scedowały na nas. Było pewne, wcale nie małe, ryzyko. Włączył się Ksiądz Biskup i polecił, abym wraz ks. infułatem Jóźwiakiem wziął to na siebie. Podpisaliśmy, żartując między sobą, że jeśli się to źle skończy, to Ksiądz Biskup będzie nam przynosił paczki do więzienia. Skończyło się jednak dobrze.

Przed wizytą Ojca Świętego przyszli do mnie także ludzie odpowiedzialni za zieleń w mieście z propozycją, aby przy okazji tak wielkiego wydarzenia, promować zieleń miejską. Wtedy to powstała myśl, żeby posadzić dwa dęby piramidalne. Przerodziła się ona następnie w nadzieję, że być może, to Ojciec Świetny zgodzi się je posadzić. Tak się też stało. Rosną one do dzisiaj przed seminarium, a z ich posadzeniem związana jest dziwna historyjka: nasz wyjątkowy Gość sadząc je, sypał pod ich korzenie ziemię przywiezioną z Wadowic. Kiedy dokonał tego w stosunku do jednego drzewa i chciał pójść dalej, brat kurkowy, a zarazem spirytus movens całego przedsięwzięcia, Jan Klauza, powiada do Ojca Świętego: „Jego Świątobliwość, tego drugiego też posadzić, co będzie stał tak jak sierotka”. Ojciec Święty uśmiechnął się na te słowa i tak też uczynił, czyniąc zadość naszej nadziei.

Pojawiła się także inicjatywa umieszczenia, obok drzew, tablicy informującej o tym, co to są za dęby, z jakiej okazji posadzone itd. Umieściliśmy na niej, między innymi, słowa: „Człowieka do końca nie można zrozumieć bez Chrystusa”. Kiedy Ojciec Święty podjechał pod seminarium, wtedy poprosiłem Go do tej tablicy. Papież pobłogosławił, a następnie bardzo wolno czytał umieszczony napis, raz, drugi, trzeci i zamyślił się. Kiedy czytał trzeci raz, ks. infułat Dziwisz, dzisiaj kardynał, powiada: No idziemy, idziemy... W tym momencie zbiegło się to z owymi głębokimi słowami, z zadumą czytanymi przez Ojca Świętego: Człowieka bowiem nie można zrozumieć... Na co Papież: „to są słowa, które najczęściej cytuje mój Dziwisz”. Chodziło oczywiście o to: idziemy, idziemy.

Wspominając tamte chwile, nie można zapomnieć o tym, że kiedy Ojciec Święty zbierał się już do odlotu z Kalisza, na dłuższą chwilę odwiedził kaplicę seminaryjną. To wówczas miało miejsce krótkie nabożeństwo i poświęcenie całego seminarium. Zgromadzili się tam ludzie związani z powstawaniem tej uczelni, ale nie tylko. Były łzy szczęścia.

Niedługo potem sługa Boży Jan Paweł II pożegnał się ze wszystkimi obecnymi i wśród gwałtownego wiru powietrza, wzniecanego łopatami helikoptera, niczym wicher z Wieczernika, odleciał do Matki - Pani Jasnogórskiej, pozostawiając nam moc Ducha Świętego, głębokie przeżycia i piękne wspomnienia.

Ks. prał. Henryk Szymiec

 

Opowiedziany sen...

Moje przygotowanie do wizyty Jana Pawła II w Kaliszu trwało niejako od początku mojego życia. Doskonale pamiętam jako16 latek wybór Ojca świętego i zdawkową informację w nielicznych wówczas mediach. Wracałem wtedy z Różańca i intuicyjnie przeczuwałem, że dzieją się wielkie rzeczy, także i dla mnie. Nie pomyliłem się. Jak każdy nastolatek, dużo myślałem wtedy kim być, jaką drogę wybrać. Pewnej nocy przyśnił mi się Jan Paweł II, czekający na mnie w moim domu rodzinnym. Siedział za stołem kuchennym tak bardzo zwyczajnie, bez insygniów papieskich, nawet bez sutanny, w białej sportowej kurtce oraz białych spodniach. Czułem jak swoją osobą objawia ogromne ciepło, wolę czułej opieki, jak kochający dobry ojciec.

Był to dla mnie moment decyzji i rozeznawania powołania do kapłaństwa. Później była matura, seminarium w Krakowie, święcenia, pierwsza parafia, zaprzyjaźnienie się ze Świętym Józefem przez peregrynację kopii Cudownego Obrazu. Od 1994 roku rozpoczęła się moja praca w bazylice ze szczególnym pochyleniem na krzewienie kultu Świętego Józefa.

Zimą 1996 roku potwierdzona została informacja, że Papież będzie w Kaliszu. Zostałem włączony w skład Komisji Liturgicznej, jako odpowiedzialny za rozdawanie Komunii św. w czasie Eucharystii. Jakże cennym okazało się wówczas wcześniejsze doświadczenie pracy z dużymi grupami osób jako kierownik kaliskiej pielgrzymki. Do posługi rozdawania Komunii św. skierowanych było 500 kapłanów z całej Polski, natomiast 500 ministrantów miało ich do odpowiednich sektorów na placu celebry doprowadzić. Nie zostałem w tym zadaniu sam, tak jak zawsze tego doświadczam. Przyszli z pomocą parafianie z bazyliki św. Józefa, zwłaszcza państwo Teresa i Jerzy Rosikowie oraz pani Anna Sobczyk. Wykonali oni w darze estetyczne emblematy eucharystyczne informujące o miejscu rozdawania Komunii Świętej (do dziś służą one w czasie wielkich uroczystości). W bazylice zaczęły odbywać się spotkania Służby Liturgicznej z całej diecezji.

Staraniem księdza prałata Lucjana Andrzejczaka, ówczesnego kustosza sanktuarium odbywały się czuwania modlitewne i rekolekcje. Dokończony został trzypiętrowy budynek w podwórzu, będący zakrystią dla licznie zebranych z zagranicy i kraju kardynałów, arcybiskupów i biskupów. Pomalowana została zewnętrzna elewacja bazyliki i budynków parafialnych. Zbudowany został chyba jeden z najpiękniejszych ołtarzy w pielgrzymkach papieskich. Wewnątrz świątyni przygotowana została zakrystia z zapleczem sanitarnym tylko dla Ojca Świętego. Z kwiatów ubrano monumentalną drogę zadziwiającą urokiem i barwami.

3 czerwca wszystko było gotowe. W sercu najstarszego miasta w Polsce, gdzie ciągle przemieszczają się tysiące samochodów nagle zapanowała ogromna, niespotykana tutaj cisza, informująca, iż w tym miejscu stanie papież Jan Paweł II.

Noc oczekiwania minęła szybko i po bardzo krótkim odpoczynku obudził mnie o godz. 4.00 rano gwar ludzi, których zaczęto wpuszczać do sektorów. Udałem się do kościoła garnizonowego, aby dokonać podziału kapłanów do poszczególnych sektorów. Tak bardzo polecałem Bogu, aby do wszystkich, którzy tego pragnęli Komunia Święta dotarła. Rzeka kapłanów wyszła z kościoła garnizonowego na swoje wyznaczone miejsca na placu celebry. Powierzone mi zadanie zostało wykonane. Udałem się przed drzwi wejściowe bazyliki, gdzie znajdowała się delegacja Ks. Kustosza, Wikariuszy i Kanoników w celu powitania Ojca Świętego. Podjechały samochody i wyszedł Papież. Spojrzał na Park Miejski, gdzie tysiące pielgrzymów wiwatowało na Jego cześć. Kiedy witał się z innymi kapłanami ja jeszcze układałem w głowie jak powiedzieć Papieżowi w kilku słowach o Jego obecności w rozpoznawaniu mojego powołania do kapłaństwa. Udało mi się w istocie przekazać krótką informację o moim śnie i nawet scenę tę uchwycił fotograf papieski, co stanowi dla mnie dziś najcenniejszą fotografię.

Z bazyliki szedłem obok samochodu papieskiego pełen wdzięczności za doznane łaski. Niczym były trudy przygotowań w porównaniu z tym, czego doświadczyłem. Rozpoczęła się historyczna Msza Święta, tak później inspirująca poprzez słowo w niej wypowiedziane. Dziś tyle razy wielu duchownych a nawet polityków odwołuje się do niej jako do źródła. Nastąpił moment Komunii Świętej. Będąc odpowiedzialnym za podprowadzanie przyjmujących Eucharystię z rąk Ojca Świętego zauważyłem starszą siostrę zakonną potrzebującą pomocy w wejściu po schodach. Kiedy siostra przyjęła Komunię Świętą ceremoniarz papieski arcybiskup Marini dał znak, abym także i ja przyjął Eucharystię od Papieża.

W lipcu 1997roku będąc w Rzymie odebrałem zdjęcia z pobytu Jana Pawła II w Kaliszu. Miałem wówczas możliwość koncelebrować z Ojcem Świętym Mszę Św. na dziedzińcu w Castel Gandolfo. Poproszono mnie wówczas o prowadzenie śpiewów w czasie liturgii. Po Mszy Świętej miałem również okazję osobiście podziękować za spotkanie w Kaliszu.

W ten sposób mój sen niejako rozpoczął moje przygotowanie do spotkań z papieżem Janem Pawłem II. Dziś odbieram je jako wielki dar i łaskę, za którą Bogu dziękuję. Doświadczam pomocy Ojca Świętego i modlę się o kolejne spotkanie...

ksiądz Paweł Kostrzewa

 

Współpraca z BOR-em

Rok 1997 był dla mnie wyjątkowy pod wieloma względami. Jednym z niezwykłych wydarzeń był udział we Mszy Świętej w Kaliszu pod przewodnictwem Jana Pawła II.

Właściwie nie miałem zamiaru jechać na to kaliskie spotkanie. W styczniu - jak dobrze pamiętam - zostałem wyznaczony do pomocy pracownikom Biura Ochrony Rządu przy wpuszczaniu wiernych do sektorów. Z każdej parafii było kilka osób. Dekanat jarociński pomagał przy sektorach tuż za sektorem „0”. Z samej Eucharystii pamiętam tylko, że Ojciec Święty mówił o obronie życia. Dokładniej z Jego homilią zapoznałem się kilka tygodni później. Stało się to, gdy kupiłem specjalne wydanie czasopisma „Viva”. I tu niespodzianka. Po kilku dniach okazało się, że jestem posiadaczem niezwykłego wydania tzw. „białego kruka”. Otóż w kilku egzemplarzach w podanym programie wizyty Papieża nie ma ... Kalisza. To nie był błąd drukarski, tylko z niewyjaśnionych przyczyn maszyny nie nałożyły druku.

Współpraca, myślę że tak można nazwać, z BOR-em, stosunkowo mała odległość od Biskupa Rzymu, wyjątkowe wydanie gazety to trzy zasadnicze moje wspomnienia związane z 4 czerwca 1997 roku.

Hieronim Czaplicki

 

Papież w centrum Kalisza

Gdy spodziewamy się w domu gości czynimy porządki, niekiedy remonty,aby przyjąć gościa jak najgodniej. W tym przypadku domem był cały organizm miejski. Spodziewaliśmy się Gościa najważniejszego w dotychczasowej historii naszego prastarego grodu. Stąd nasze oczekiwania i nasze przygotowania miały wymiar szczególny.

Wraz z dostojnym Gościem spodziewaliśmy się wielkiej rzeszy pielgrzymów i na ich przyjęcie czynione były wielkie przedsięwzięcia. Liczyliśmy , że na to spotkanie może przybyć nawet 300 tysięcy osób. Większość dotychczasowych spotkań Ojca Świętego z pielgrzymami miało miejsce na otwartych przestrzeniach - przeważnie na lotniskach. Któż z nas mógł przewidzieć, że miejscem spotkania w Kaliszu może być dość ciasne centrum miasta, a długość trasy przejazdu Ojca Świętego papamobilem będzie wynosić prawie 4 km?

W przygotowanie godnego przyjęcia Ojca Świętego i towarzyszących tej wizycie pielgrzymów zaangażowało się całe miasto. Czasu było niewiele, bo zaledwie kilka wiosennych miesięcy. Pogoda nie sprzyjała robotom budowlanym. Wichura przewracała rusztowania, ale opatrzność Boża czuwała - nie było nieszczęśliwych wypadków. A tynkowanych było w tym krótki czasie 112 budynków! Taką ciekawostką z tej branży był niewytłumaczalny upór kilku właścicieli prywatnych kamienic, którzy nie pozwolili, aby na koszt miasta poprawiono obskurną elewację ich domów. W końcu mieszkańcy tych kamienic zakupili dużo materiałów dekoracyjnych i bogatą dekoracją przykryli odpadający tynk.

Celem nadrzędnym w przygotowaniach materialnych było godne przyjęcie wielkich rzesz pielgrzymów. Wiedzieliśmy, że wszyscy nie pomieszczą się na głównym placu celebry, że będą stać w bocznych ulicach, w parku, na plantach i oczywiście na długiej trasie przejazdu. Podjęliśmy więc decyzję, aby wynająć z Holandii i Anglii 6 dużych telebimów, każdy z ekranem 40 m2. Postanowiliśmy też, aby nagłośnić całą trasę przejazdu (3.750 m). Umożliwiło to pielgrzymom witającym na trasie Ojca Świętego bezpośrednią łączność z głównym placem celebry. Niektórzy bez przemieszczania uczestniczyli na trasie we Mszy Świętej, a po jej zakończeniu mogli żegnać przejeżdżającego dostojnego Gościa.

Dużym przedsięwzięciem były roboty infrastrukturalne, nie zawsze widoczne, jak np. nowe zasilanie energetyczne, wymiana i sprawdzenie na trasie przejazdu i na placu spotkania z Papieżem wszystkich rur i studzienek - szczególnie gazowych i kanalizacyjnych. Wymogi w tym zakresie funkcjonariuszy Urzędu Ochrony Rządu nie znały granic!

Niełatwym zadaniem było zorganizowanie parkingów na obrzeżach miasta i zapewnienie pielgrzymom dojazdu komunikacją zbiorową. Ponadto z centrum miasta musiały być usunięte wszystkie samochody mieszkańców, a było ich kilkaset.

Trudności różnej wagi było bardzo dużo, lecz towarzyszący przygotowaniom specyficzny klimat i powszechna życzliwość sprawiały, że problemy znikały. W wymiarze społecznym nikt tak, jak oczekiwany Jan Paweł II nie zjednoczył Kaliszan. Oddanie i życzliwość ludzka towarzyszyły wszelkim przedsięwzięciom.

Wizyta Ojca Świętego w Kaliszu i towarzyszących mu ponad dwustu tysięcy pielgrzymów przebiegała godnie i bezpiecznie. Przed odlotem z Kalisza Ojciec Święty wielce wymownie dziękował za bardzo dobre przygotowanie miasta na Jego przyjęcie. Był pod wielkim wrażeniem zgotowanego mu przyjęcia. Jego pożegnalny uścisk dłoni był gestem podziękowania dla wszystkich Kaliszan i diecezjan.

Wojciech Bachor

 

Światło, które nie zachodzi

Dane mi było przyjąć Ciało Chrystusa z rąk Jana Pawła II. Dziś, po 10 latach od tej krótkiej, a tak ważnej chwili, próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie: co z niej pozostało? Trudno znaleźć słowa na określenie uczuć ogarniających każdego, kto znalazł się w zasięgu promieniowania tej niezwykłej postaci. Jedno jest pewne: pamięć pozostaje na zawsze, modeluje każdą następną chwilę.

To KTOŚ, kto ciągle działa. Po odejściu bardziej może, niż wtedy kiedy był wśród nas. Została myśl, na trwale wpisana w tradycję Kościoła, tak obfita i wszechstronna, że nie sposób wyobrazić sobie, iż jest dziełem jednego tylko, ludzkiego życia. A przecież spuścizna intelektualna to nie wszystko. Jan Paweł II to także niestrudzony siewca Miłości, która ciągłe kwitnie i wydaje owoce w życiu pojedynczych ludzi, narodów, ludzkości. To KTOŚ, kto wytyczył nam wszystkim drogę ku pełnemu człowieczeństwu, stawiając na niej pewne drogowskazy. Zapalił światło wydobywające z rzeczywistości wszystko, co naprawdę ważne. Powiedział ludziom, że mają prawo do szczęścia, lecz nie na drodze łatwizny.

Dał przykład jak walczyć ze złem. Ze złem - nigdy z człowiekiem. Nad nim Jan Paweł II pochylał się zawsze z czułym, choć wymagającym, zrozumieniem. Obdarowywał poczuciem godności płynącym z Bożego dziecięctwa. Walczył - niczego nie niszcząc. Umiejętnie wydobywał prawdziwą wartość każdego człowieka, spod grubych czasem pokładów zła. Toczył boje jako wierny sługa Najwyższego Dobra, prawdziwy mocarz, którego jedyną bronią była przejmująca głębia wiary, płynąca z modlitwy, wyzwalająca z lęku. I afirmacja życia, tym większa, im bardziej poniewierał je świat.

Wzór niedościgły, choć jednocześnie pociągający, zapraszający do kroczenia po śladach. Wzór, którego nie wolno spuszczać z oka. Mnie osobiście w sposób szczególny zobowiązujący: tak bardzo pragnę nie zawieść zaufania zdeponowanego w medalu „Pro Ecclesia et Pontifice”.

Elżbieta Kałuża-Maniewswka