In English In Italiano Auf Deutsch
/ Home / Więźniowie Dachau

Anna Jagodzińska
IPN Warszawa, 30.12.2011 r.

Ksiądz Gustaw Jan Bombicki
1883-1942,
więzień KZ Dachau, nr obozowy 28424

Po przyjęciu do obozu, Häftling numer 28424 został skierowany do grupy starszych księży. Wkrótce władze obozowe uznały, iż nie nadaje się do żadnej pracy i zapisano Go na „listę inwalidów”. „Numery” już nieproduktywne nie miały prawa żyć.

Ksiądz Gustaw Bombicki urodził się 11 lipca 1883 r. w Kępnie w nauczycielskiej rodzinie. Po uzyskaniu w 1902 r. świadectwa dojrzałości rozpoczął studia w Seminarium Duchownym w Gnieźnie, kontynuował w Poznaniu. Święcenia kapłańskie przyjął w 1906 r. Po krótkim urlopie w domu rodzinnym, 1 marca 1906 r. przyjechał do Kórnika na swoją pierwszą placówkę wikariuszowską do Parafii pw. Wszystkich Świętych. Był to czas, gdy w parafiach archidiecezji gnieźnieńskiej i poznańskiej, systematycznie pracowali w różnych organizacjach lub poza nimi księża polscy przeciwstawiając się ostrej polityce germanizacyjnej. Był jednym z nich - wielkopolskim księdzem społecznikiem. Wspierał także polskie dążenia narodowościowe. W Kórnika był zaangażowany w walkę z nasilająca się germanizacją. 2 grudnia 1906 r. wziął udział w polskim zebraniu wyborczym, pełniąc funkcję sekretarza. Także w Kórniku, a później w od 1907 r. Przemęcie, jako jeden z dwóch duchownych wielkopolskich był również prezesem Katolickiego Towarzystwa Robotników Polskich. W 1907 r. został członkiem zarządu Banku Parcelacyjnego. W latach 1907-1909 przewodniczył radzie nadzorczej Banku Ludowego w Przemęcie. W marcu 1913 r. został administratorem parafii w Ceradzu Kościelnym. Do uzyskania niepodległości Polski działał w Towarzystwie Pomocy Naukowej im. Karola Marcinkowskiego. W latach trzydziestych był prezesem Powiatowego Komitetu tego Towarzystwa w Wolsztynie. W Polsce odrodzonej był kolejno: administratorem parafii w Łaszczynie od 15 marca 1920 r., proboszczem w Golejewku od 1 października 1924 r., od 1931 r. proboszczem wolsztyńskiej Fary, a od lutego 1936 r. dziekanem zbąszyńskim.

Ksiądz Leon Stępniak wspomina: „Poznałem Go na początku lipca 1939 r., krótko przed wojną. Po święceniach kapłańskich 4 czerwca 1939 r. przyjechałem do swojej pierwszej parafii, do Kębłowa, pow. Wolsztyn. Każdy nowo przybyły kapłan miał obowiązek przedstawić się swojemu dziekanowi. Pojechałem z moją pierwszą wizytą do ks. dziekana do Wolsztyna. Przywitał mnie życzliwie. Podziwiałem jego wspaniałą postawę duchową. Gdy wybuchła wojna nie zapomniał o swoich księżach. Pamiętam, że 8 grudnia 1939 r. od mieszkańców pobliskiego Wolsztyna dowiedziałem się, że aresztowany przez Gestapo proboszcz Kębłowa ks. Franciszek Harwaczyński, Powstaniec Wielkopolski, razem z Żydami, w czasie deszczu, wyrywa trawę na wolsztyńskim rynku. Nie zwlekając, z przepustką w ręce wsiadłem na rower i udałem się do ks. Bombickiego, by bezzwłocznie powiadomić Go o losie mojego proboszcza. Ksiądz Gustaw Bombicki natychmiast, za pośrednictwem kapelana Kreuzerwergera, życzliwego nam Niemca, wysłał na posterunek niemiecki list, w którym uzasadniał, dlaczego ks. Harwaczyński powinien być zwolniony. Dzięki wstawiennictwu ks. Bombickiego mojego proboszcza zwolniono i odesłano do Kębłowa. Niestety, wkrótce ponownie Go aresztowano i wywieziono do niemieckiego obozu koncentracyjnego Dachau. W 1940 r. został zamęczony w kamieniołomach w Gusen.”

Kolejne aresztowania polskich duchownych katolickich w powiecie wolsztyńskim nastąpiły w styczniu 1940 r. Aresztowano wszystkich dziewiętnastu kapłanów pracujących na terenie powiatu. Ksiądz Leon Stępniak wspomina: „Był mroźny poranek 27 stycznia 1940 r., gdy mnie aresztowano; następnie przetransportowano do Wolsztyna. Wśród aresztowanych księży zobaczyłem mojego dziekana, ks. Gustawa Bombickiego. Staliśmy na wolsztyńskim rynku pełni niepokoju, w oczekiwaniu na dalsze dyspozycje Gestapo. Po południu do zgromadzonych podszedł gestapowiec w czarnym mundurze i oznajmił tzn. zostają zwolnieni i mogą udać się do domu. Prawdopodobnie zostali zwolnieni po interwencji miejscowego pastora niemieckiego Engla [ks. Golus w chwili aresztowania był proboszczem w Obrze w Klasztorze Ojców Oblatów]. Pozostałych księży - wśród nich i mnie - wywieziono do klasztoru benedyktynów w Lubiniu, a stamtąd przez Fort VII w Poznaniu 24 maja 1940 r. do Dachau. Do chwili ponownego aresztowania pisał do nas listy, które pozwalały nam wierzyć, że przetrwamy i wrócimy. W jednym z kolejnych transportów księży 30 października 1941 r. został wywieziony do Dachau. W Dachau zdążył mi przekazać wiadomość, iż Najświętszy Sakrament, tak jak zleciłem mojemu kościelnemu, znalazł się bezpiecznie w klasztorze w Obrze”.

Ten transport więźniów nie dostał skarpet i czapek. Była zima, ks. Gustaw cierpiał bardzo, ale tak jak w parafii, tak i tutaj zachował spokój ducha i równowagę. Po przyjęciu do obozu, Häftling numer 28424 został skierowany do grupy starszych księży. Wkrótce władze obozowe uznały, iż nie nadaje się do żadnej pracy i zapisano Go na „listę inwalidów”. Od 1941 r. Niemcy co jakiś czas przeprowadzali selekcję więźniów. Chorych, starszych i niezdolnych do pracy kierowali do „baraku inwalidów”. „Numery” już nieproduktywne nie miały prawa żyć. Mówiono im, że wyjadą wkrótce do różnych przytułków dla starców lub przydzieleni zostaną do lekkich prac w wioskach i miasteczkach, gdzie spokojnie doczekają końca wojny. Księża nieświadomi tego, co ich czeka, często sami, symulując chorobę, zgłaszali się do grupy inwalidów. Baraki, w których przebywali więźniowie – „inwalidzi” były przepełnione do tego stopnia, że w izbie przeznaczonej dla 150-200 osób mieszkało do 400 więźniów. Cierpieli straszliwy głód, ściśnięci w nieludzkich warunkach. Kto raz został zapisany do baraku inwalidów- chociaż wyzdrowiał - nie mógł już z niego wyjść. Ksiądz Henryk Malak, więzień Dachau wspominał: „Spisy imienne raz złożone na biurkach tych, którzy przyłożyli na nich pieczęć wyroku śmierci, nie mogły ulec zmianie.(…) Brano na transporty inwalidzkie z baraków, brano ludzi od pracy, brano w nocy z pryczy, brano z rewiru [szpital obozowy], nie zważając na to, że pękają szwy po dopiero co dokonanych operacjach”. Biskup Kazimierz Majdański, więzień Dachau pisał: „Oto ustawiają nas w łaźni, gdzie jest jakaś esesmańska komisja i każą nam przed nią defilować. Ruchem reki jeden z „komisarzy” wskazuje kierunek: na prawo lub na lewo. Tak jest wydawany wyrok śmierci, albo też czasowego ułaskawienia. Czasowego, bo przecież ostatecznie mamy zginąć wszyscy”.

Podczas selekcji, komisja „lekarska” zapisała numer obozowy 28 424 na listę jednego z pierwszych „transportów inwalidów”. Wywozili według alfabetu. Więźniów gromadzono w obozowej łaźni i tam wstrzykiwano im jakąś surowicę, po której stawali się apatyczni. Spokojnie wsiadali do samochodów pokrytych plandekami – „samochody widma”. Chorych wnoszono na noszach lub kocach. Na drogę dawano pół bochenka chleba i kawałek kiełbasy, ręcznik i kawałek mydła. Początkowo więźniów dziwiło, że „inwalidzi” wyjeżdżali w najgorszych obozowych ubraniach. Po kilku miesiącach już wiedzieli. Ksiądz Gustaw Bombicki, wywieziony 4 maja 1941 r. razem z 180 więźniami w „transporcie inwalidów”, został zamordowany w komorze gazowej w renesansowym Zamku Hartheim k. Lincu (Górna Austria) w ramach programu eutanazji – rozporządzenie Adolfa Hitlera z 1 września 1939 r. o kryptonimie „T4”. Przez dłuższy czas do obozu nie dochodziły wieści o losach transportów. Kilka miesięcy później zaczęły nadchodzić listy od rodzin, które otrzymały urzędowe zawiadomienia z obozu koncentracyjnego Dachau o śmierci swych najbliższych. Jako miejsce śmierci figurowało zawsze Dachau, a przyczyną śmierci miały być przeziębienia, zapalenie płuc lub udar serca. Data śmierci więźnia odpowiadała dacie odejścia transportu z Dachau. Śp. ks. Marian Szczerkowski –więzień KZ Dachau zapamiętał ks. Bombickiego jako: „Gorliwego, zacnego i świętego kapłana. Cierpienia znosił on z zupełnym poddaniem się woli Bożej. Do transportu inwalidów przygotowywał się zupełnie spokojnie, mówił: <Jeżeli będzie trzeba umierać, niech się dzieje wola Boża>”. Żyjący jeszcze wtedy śp. ks. biskup Michał Kozal wyjeżdżającym udzielił błogosławieństwa.

W Hartheim poniosło śmierć co najmniej 30.000 ludzi, w tym Polacy i 310 polskich kapłanów. Mordowano tlenkiem węgla. Wielu zginęło w drodze w autobusach śmierci z zamalowanymi szybami, nazywanych „skrzyniami śmierci”. W komorach gazowych Hartheim „uwalniano” także naród niemiecki od osób niepełnosprawnych i umysłowo chorych z terenu III Rzeszy. Prochy spalonych wywożono poza teren zamku i wrzucano do rzeki Dunaj lub Traun. Był to jeden z pierwszych „zakładów śmierci”, w których funkcjonowały pierwsze komory gazowe III Rzeszy.

Dziś Księdza Gustawa Bombickiego upamiętnia tablica umieszczona po lewej stronie głównego wejścia do wolsztyńskiej Fary. Urzędowa data zgonu to13 lipca 1942 r.

W 2005 r. bp Ignacy Jeż w podcieniach zamku Hartheim poświęcił tablicę upamiętniającą męczeńską śmierć polskich kapłanów.

„Nie wolno zapominać, bo kto zaręczy, że panowanie „obłąkanej ideologii” minęło bezpowrotnie i że jej śladów brak” /Jan Paweł II, 7 czerwca 1979 r./