In English In Italiano Auf Deutsch
/ Home / Więźniowie Dachau

Opracowała Anna Jagodzińska, historyk IPN BUiAD
Warszawa,16.09.2010 r.

Ksiądz Milan Kwiatkowski
- więzień KL Dachau,
numer obozowy 28246

„Amerykanie byli przerażeni tym, co zobaczyli przy krematorium, mianowicie stosami trupów, szczególnie wygłodzonych okropnie muzułmanów, jak ich nazywano językiem obozowym. A do tego znaleźli w wagonach, które dotarły do Dachau, całe masy ludzi, którzy zmarli z głodu i z braku czegokolwiek do picia” - ks. Milan Kwiatkowski.

Ks. radca Milan Aleksander Kwiatkowski urodził się 29 maja 1910 r. w Kórniku /k. Poznania. Jego ojciec Wincenty był sekretarzem magistratu w Kórniku, po odzyskaniu niepodległości burmistrzem; matka Bronisława z d. Pankowska. Szkołę podstawową ks. Milan rozpoczął w Kórniku, a ukończył w Rawiczu, tamże w Państwowym Gimnazjum zdał maturę. Po maturze w 1929 roku rozpoczął studia na wydziale prawno - ekonomicznym Uniwersytetu Poznańskiego. Doszedł jednak do wniosku, że Jego powołaniem jest kapłaństwo i wstąpił do Seminarium Duchownego - studia filozoficzne odbył w Gnieźnie, a teologiczne w Poznaniu. Święcenia kapłańskie otrzymał 15 czerwca 1935 roku od ks. biskupa Walentego Dymka.

Od 1 sierpnia 1935 roku był wikariuszem w Mosinie, Buku, Strzelcach Wielkich i od 1 lipca 1939 roku w Śmiglu.

Aresztowany przez Gestapo 6 października 1941 r. został przewieziony do Kościana, do więzienia. Stamtąd wywieziony samochodem z innymi księżmi z powiatu kościańskiego [m. in. ze śp. ks. Stanisławem Bednarkiewiczem, proboszczem z Kościana, numer obozowy w Dachau 28056, zamordowanym 9 grudnia 1941 r. Rodzina ks. Stanisława Bednarkiewicza mieszkała w Kórniku i jest pochowana na Cmentarzu parafialnym] został osadzony w Forcie VII w Poznaniu. W Forcie przebywał do 30 października 1941 roku. Bramę niemieckiego obozu koncentracyjnego Dachau przekroczył wraz z 530 polskimi kapłanami 1 listopada 1941 roku.

Wspomnienia obozowe ks. Milana Kwiatkowskiego – do których dotarłam - są bardzo osobiste i jedne z najstarszych, spisanych zaraz po wyzwoleniu niemieckiego obozu w Dachau.

Ze wspomnień ks. Milana Kwiatkowskiego wybrałam te, które dotyczą bezpośrednio Jego przeżyć obozowych.: „Tuż przed opuszczeniem wagonu na stacji kolejowej Dachau zniszczyłem wszystkie fotografie. Uzbrojeni w karabiny SS-mani uformowali z nas piątki. Był mróz, padał śnieg. Szliśmy wolno, gdyż większość byli to starcy. W drodze kilku kapłanów zaniemogło, jeden umarł. Byliśmy ubrani w sutanny lub habity, ci z Fortu VII po cywilnemu. Przechodziliśmy przez ulice miasta obojętnie witani przez ludność. Przed szkołą gromadka dzieci, podszczuta przez nauczycieli, krzyczała [zbrodniarze -powstańcy] i naśmiewała się z nas. Po przekroczeniu pierwszej bramy jakiś wyższy rangą SS-man dolatuje do mnie i daje mi kopniaka. Potem druga brama na której widnieje napis: macht frei>[Praca czyni wolnym]. Wchodzimy do piekła. Pada pierwszy rozkaz. Wpuszczają po setce. Na dachu nad kompleksem budynków ogromnymi literami szydercza treść - MEILENSTEINE HEISSEN…: (tłum. Jest droga do wolności, jej drogowskazy brzmią: Posłuszeństwo - Pilność -Uczciwość – Porządek – Czystość – Trzeźwość – Prawidłowość - Ofiarność oraz Miłość do Ojczyzny) >. Wchodzimy na lekko pokryty śniegiem plac apelowy”. Tutaj po długim czekaniu, odczytaniu nazwisk skierowano wszystkich do dużego budynku na prawo. Ksiądz Milan Kwiatkowski otrzymał kartkę z przyszłym numerem 28246. Rozebrany do naga, pozbawiony wszystkich rzeczy osobistych oraz przedmiotów kultu religijnego - można było zabrać tylko okulary – przeszedł przez cały system obozowej rejestracji. Z niebywałą skrupulatnością zapisywano stan uzębienia, przebyte choroby, stan zdrowia, wagę. Ubrany w więzienne łachy - często za małe i podarte, bez skarpet i czapki został skierowany do bloku mieszkalnego. „Myślałem, a więc tutaj jest to słynne Dachau. A więc tutaj mam umrzeć. Zupełnie przybity na duchu i chory szedłem jak automat na przeznaczony dla mnie blok 28. Po odliczeniu przydzielono nas do izby.[…].” Był tak zmęczony i porażony tym co zobaczył, że nie odczuwał głodu i przydzieloną zupę z czerwonej kapusty i kilku ziemniaków oraz porcję chleba - ku radości głodnych-oddał kapłanom z bloku 30. Wkrótce sam zaczął odczuwać głód, którego nie można zaspokoić, ani dzisiaj, ani jutro, ani za miesiąc. Głód był jedną z największych udręk jakie przeżywał w Dachau ksiądz Milan Kwiatkowski. Po kilku miesiącach ważył około 50 kilogramów (gdy Go rejestrowano w obozie ważył 80 kilogramów). W roku 1942 głód dokuczał najbardziej. Ludzie jedli wszystko co nadawało się do jedzenia. Tego roku śmiertelność wśród kapłanów była największa. „Głodnych, chorych na biegunkę leczono głodem - naturalnie tylko cudem ktoś z tej choroby wychodził cało.” Paczki od rodzin zaczęły przychodzić dopiero na przełomie 1942/1943 roku.

W sypialni bloku mieszkalnego swoje otrzymał na trzecim piętrze łóżka, tuż pod sufitem. „Łóżka były dość możliwe. Pod spodem był lichy siennik. Każdy otrzymał jedną cienką kołdrę. Był taki czas w Dachau, gdy na trzech łóżkach spało ośmiu więźniów. Rozpoczęło się rozdzielanie ręczników. Dostałem blaszaną miskę, talerz, łyżkę. Jeden nóż przypadał na trzy lub cztery osoby. W kącie izby oddzielony szafkami mieszkał tzw. izbowy.”

Ksiądz Kwiatkowski z nowymi więźniami rozpoczął miesięczną kwarantannę – zmuszeni byli do nauki niemieckich piosenek, uciążliwych marszów. Nad nowymi Häftlingami kapo znęcało się w szczególnie wyrafinowany sposób.

W KL Dachau każdy dzień rozpoczynał się i kończył apelem na placu obozowym. Rano zaraz po wypiciu czarnej kawy wszyscy musieli wyjść z bloku na dwór. Przed śniadaniem należało wyczyścić szafki i pościelić przepisowo łóżko. Za nieprzepisowo posłane łóżko groziły surowe kary. Ksiądz Milan Kwiatkowski źle znosił wszelkiego rodzaju szykany. „Czasem zdarzały się nocne rewizje. Wpadali uzbrojeni SS – mani i sprawdzali czystość szafek, łóżek, podłogi [froterowana podłoga w izbach musiała błyszczeć jak lustro.] Wszyscy musieliśmy wyjść tylko w koszuli zimą czy latem i czekać. Wielu z księży nie wytrzymywało takiego stanu – umierali.”

Po rannym apelu padała komenda i wszyscy biegiem pędzili do swoich komand pracy. Po 12 godzinnej pracy odbywał się apel wieczorny. „Apel był czymś potwornym-wspomina ks. Milan Kwiatkowski - musiał w nim brać udział każdy, czy chory, czy zdrowy. Kto nie mógł iść był zaniesiony, często umierał w drodze lub na apelu. […]. Po wieczornym apelu odbywało się tzw.. Na rykkażdy pędem sam szedł, albo musiał być zaniesiony. Meldunek ten odbierał zawsze Lagerführer, rzadko Raportführer. Przed samym Lagerführerem choćby umierający nie mógł być przez nikogo podtrzymywany. Pamiętam, z kolegą odprowadzaliśmy słaniającego się ks. Kazimierza Echausta – numer obozowy 28060 [przed aresztowaniem proboszcz w Wytomyślu, w KL Dachau od 30.10.1941 r. - zmarł 19.11.1941 r.]. Przed Raportführerem, zwierzęciem nie człowiekiem, już konał. Zanieśliśmy biedaka pod bramę rewiru. Po udzieleniu mu rozgrzeszenia zmarł.”

Dostać się do rewiru [szpitala] obozowego było bardzo trudno. Księdza Milana Kwiatkowskiego do rewiru – szpitala skierowano trzy razy. Pierwszy raz z powodu wysokiej gorączki- przyjmowano tylko przy temperaturze 40 stopni Celsjusza. Drugi, gdy zachorował na sztucznie wywołany tyfus brzuszny, będąc królikiem doświadczalnym w tzw. doświadczeniach pseudomedycznych. Gdy odzyskał przytomność dowiedział się, że obok niego, w tej samej sali zmarło sześciu księży, a wśród nich biskup Michał Kozal, zakatowany przez kapo, odarty z koszuli, nagi, spalony w obozowym krematorium (dzisiaj jest w gronie błogosławionych). „Gdy byłem chory na tyfus, i walczyłem ze śmiercią, za jakieś drobnewpadł jak dzikie zwierzę pielęgniarz, zbił mnie i skopał.” Trzeci raz trafił do rewiru gdy złamał palec u nogi. Pielęgniarze nie mieli pojęcia o leczeniu;byli ślusarze, szewcy. Leczenie polegało tylko na leżeniu. Rzadko kiedy zmieniano bieliznę.[…]. Szczęśliwie uniknął skierowania na blok dla inwalidów - tych po pewnym czasie wywożono do Zamku w Hartheim/kLinzu i uśmiercano w komorach gazowych. W ten sposób życie straciło około 500 duchownych (polskich 350).

Karano za najdrobniejsze przewinienia. „Dotkliwą karą oprócz bicia było pozbawienie mnie na osiem dni Brotzeizentzug (dodatek chleba dla ciężko pracujących) - za zabranie kawałka kukurydzy. Był także pamiętny Wielki Tydzień przed Wielkanocą 1942 r. Wszyscy księża –a wśród nich także ja - musieli maszerować od rana do wieczora z pieśnią na ustach – z małymi przerwami na posiłek - w deszczu o głodzie i chłodzie. W ciągu tych dni SS - mani zmuszali nas do morderczych ćwiczeń; hüpfen- czyli skakanie z miejsca na miejsce na ugiętych nogach. Trwało to tak długo, aż człowiek z zupełnego wyczerpania nie padł. Dalej - rollen - czyli kulanie się do utraty przytomności. W tym naprawdę pokutnym tygodniu zmarło tylko siedmiu księży.” Szczęśliwie uniknął kary słupka oraz kary chłosty. W swoich wspomnieniach podkreślił, iż polscy kapłani najgorzej byli traktowani przez więźniów - niemieckich komunistów, którzy w KL Dachau pełnili liczne funkcje. „Nigdy nie byłem pewny czy dożyję jutra”.

Ks. Milan Kwiatkowski, jak większość kapłanów polskich został przydzielony do noszenia kotłów z jedzeniem dla całego obozu. Mówiono: Kocioł ważył do 80 kilogramów. „Dźwigało go dwóch. Ponieważ każdy z nas był tak osłabiony i wychudzony, więc było to fenomenalnym wysiłkiem donieść te kotły – zwłaszcza na bloki ostatnie. Wszystko w biegu. Kto nie mógł udźwignąć kotła, był bity i kopany. Pierwszy rok w obozie pracowałem na plantacjach – tutaj zamęczono najwięcej księży, następnie rok w biurze”. Plantacje – były to ogromne ogrody, w których najgorsze prace wykonywali polscy kapłani. Pracowano każdego dnia, niezależnie od pogody. Za zjedzenie marchwi lub cebuli można było stracić życie. Codziennie z plantacji wracali cienie – ludzie. Za każdą „setką” wieziono na taczkach umierających lub już tylko zmarłych z głodu i wycieńczenia.

„Prawdziwą ludzi był mały majątek SS-mański, daleko za obozem o nazwie Liebhof. Już długa droga wyczerpywała, a co dopiero praca i bicie przez kapów. Tutaj zmarło najwięcej księży. W Liebhofie pracowałem przy sporządzaniu sienników, przyszywałem guziki i robiłem dziury w celtach wojskowych. Pracowałem także dla przemysłu wojskowego. Do pracy byliśmy odprowadzani prze SS-manów w towarzystwie psów. Psy były straszne. Okrutni byli też kapo. Na ogół byli to ludzie źli i wyzuci z wszelkich ludzkich uczuć. Wiedziałem, że najważniejsze w obozie to nie podpaść. Najgorszym był Raportführer Böttcher. Schwytany po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów, ubrany jak więzień w pasiaki, ogolony, z winklem i numerem został postawiony na widok publiczny. Musiał głośno powtarzać: . Gdyby nie Amerykanie zostałby zlinczowany przez więźniów.”

Były jeszcze Wigilje - Boże Narodzenie. W Dachau kapłani w ten dzień zawsze znaleźli sposób, by chociaż na chwilę zapomnieć o obozowym życiu. Mimo grożącego im ze strony SS - manów niebezpieczeństwa w noc Bożego Narodzenia śpiewali kolędy. Szczególnie ulubioną była kolęda góralska „Oj, maluśki, maluśki”. Niemcy nie mieli żadnego szacunku do świąt. Dni Bożego Narodzenia były jak co dzień. Dla upokorzenia kapłanów wyrzucano księży z baraków do odśnieżania całego obozu – często gołymi rękoma, przy tym bito i szykanowano. „Raz było takie Boże Narodzenie, gdy w noc wigilijną nie spaliśmy, wszyscy śpiewaliśmy kolędy. SS-mani byli tej nocy jakoś bierni. Nie męczyli nas, ba, podchodzili do bloków i słuchali. Czyżby u nich odezwało się człowieczeństwo”.

W kwietniu 1945 r., razem z pozostałymi przy życiu księżmi złożył ślubowanie, że jeżeli przeżyje, to każdego roku będzie pielgrzymował do Św. Józefa w Kaliszu. Zbliżał się front, władze obozowe zarządziły ewakuację obozu. Nikt nie był pewien jutra. Znalazł się w grupie, która miała być ewakuowana – szczęśliwie uniknął marszu śmierci. „Wszyscy musieliśmy się stawić z kocami i pełnym ekwipunkiem, gotowi do wymarszu. Ostatecznie Polaków i kapłanów z obozu nie wyprowadzono. Widać było, że SS-mani nie mogą już opanować sytuacji. Do pracy nie chodziliśmy od tygodnia. Ustanowiono policję obozową. W ciągu ostatniego miesiąca zmarło 16 tysięcy ludzi. Gdy 29 kwietnia o godzinie 17.30 do obozu wkroczyli Amerykanie byłem bardzo wyczerpany, wróżono mi najwyżej dwa tygodnie życia – ale w tym momencie poczułem taką siłę i jak szalony razem z innymi pobiegłem do drutów. Był to najpiękniejszy dzień naszego obozowego życia.”

Ze wszystkich wówczas aresztowanych księży z powiatu kościańskiego obóz przeżył tylko ks. Milan Kwiatkowski i ks. Bolesław Wyszyński - numer obozowy 28257. Trzeciego maja 1945 r. wziął udział we Mszy św. odprawianej przez polskich kapłanów przed ołtarzem postawionym na placu apelowym.”

Po wyjściu z KL Dachau ks. Milan Kwiatkowski pracował jako duszpasterz Polaków w Górnej Bawarii: w Inzzel, Altenstadt, Bad - Reichenhall, Berchtesgaden – tutaj jako pierwszy Polak kapłan - wygłosił w kościele OO. Franciszkanów do grupy Polaków polskie kazanie.

Do Polski wrócił 17 listopada 1946 r. Został proboszczem parafii w Białczu Starym w dekanacie śmigielskim. Od marca 1947 roku - dodatkowo administratorem kościoła parafialnego w Czaczu. Proboszczem w Czaczu był do 1979 roku, tam też przeszedł na emeryturę. Przeżycia obozowe odbiły się na Jego zdrowiu – ciężko chorował, w 1984 roku stracił całkowicie wzrok. Zmarł 23 maja 1985 r. jako emerytowany proboszcz w Czaczu. Należy podkreślić, iż po wojnie, po powrocie do Polski, ks. Milan Kwiatkowski szykanowany i represjonowany przez komunistyczne władze PRL nigdy nie dał się złamać.

 Jeżeli chcecie zachować pokój, pamiętajcie o człowieku”. /Jan Paweł II/