In Englisch In Italiano Auf Deutsch
Dom Pielgrzyma im. Św. Józefa
Dołącz do nas na Facebook'u

https://www.swietyjozef.kalisz.pl/main/dachau.gif

Bł. o. Henryk Krzysztofik

Opracował: br. Szymon Janowski

Lepiej krótko płonąć, niż długo kopcić

Kazania na pniu Józef urodził się w 1908 r. Pochodził z niewielkiego Zachorzewa, leżącego kilka kilometrów od Opoczna, w rodzinie średniozamożnych rolników. W Zachorzewie ukończył 6 klas szkoły powszechnej. I być może nie różniłby się zbytnio od swoich rówieśników gdyby nie specyficzne hobby. Jedną z jego zabaw było... „odprawianie” Mszy. W czasie takiej „liturgii” wchodził na pień ściętego drzewa i wygłaszał kazania. Podobno zdarzało mu się nawet spowiadać kolegów. W 1925 r. przyjechał do Łomży, gdzie rozpoczynało działalność Kolegium św. Fidelisa. Było to niższe seminarium duchowne prowadzone przez braci kapucynów. To tu poznał zakonne życie od środka. Wychowanie w niższym seminarium stwarzało możliwość bezpośredniego kontaktu z zakonnikami i uczestniczenia w ich życiu. Gdzie młody Józef poznał kapucynów? Być może w znanym dzięki o. Honoratowi klasztorze w Nowym Mieście nad Pilicą, położonym kilkadziesiąt kilometrów od Zachorzewa.

Pełen ognia

Już w trakcie nauki w zakonnym gimnazjum Józef poprosił prowincjała o. Honorata Adamczyka, o przyjęcie do zakonu. W roku 1927 rozpoczął nowicjat w Nowym Mieście i przyjął imię Henryk. Ponieważ w tym czasie kapucyni nie mieli własnego seminarium, z powodu kasat i I wojny światowej, młodego zakonnika wysłano do seminarium w Breust-Eysden w Holandii. Po ukończeniu filozofii w tym miejscu, w roku 1930, rozpoczął studia teologiczne na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W tym czasie składa śluby wieczyste oraz przyjmuje święcenia kapłańskie. W roku 1935 zakończył Gregorianum uzyskaniem licencjatu z teologii dogmatycznej. Zaraz po ukończeniu studiów w Rzymie, o. Henryk został skierowany do klasztoru na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Został wykładowcą w nowo utworzonym seminarium kapucyńskim. Wykładał teologię dogmatyczną, apologetykę i regułę zakonu. Niedługo potem został rektorem seminarium i wikarym klasztoru. Był mocno zaangażowany duszpastersko – często głosił kazania, spowiadał, obejmował duszpasterską opieką siostry zakonne, był poszukiwanym kierownikiem duchowym. W pamięci osób które go znały zachował się jako człowiek pełen ognia i miłości. Jego nerwowość łagodziło radosne usposobienie. Ideał życia ewangelicznego zaproponowany przez św. Franciszka był dla niego fundamentem, na którym budował swoje zakonne życie w sposób piękny – było ono przepełnione miłością do drugiego człowieka. W takim klimacie upływały o. Henrykowi kolejne lata w Lublinie. Aż do wybuchu II wojny światowej. Z końcem roku 1939 opuścili lubelski klasztor bracia z Holandii. Dotychczasowym gwardianem był jeden z nich – o. Jezuald Willemen. Od teraz obowiązki gwardiana i rektora seminarium spoczywały na barkach o. Henryka.

Póki mamy trzeźwy umysł...

Mimo działań wojennych na początku września i trwającej okupacji, kapucyńskie seminarium rozpoczęło kolejny rok akademicki. W przemówieniu inauguracyjnym o. Henryk wypowiedział znamienne zdanie: „Lepiej krótko płonąć, niż długo kopcić”. Te słowa wybrzmiały bardzo mocno w bardzo ciężkich warunkach w jakich znajdowali się bracia. Sposób w jakich funkcjonowało seminarium w czasie okupacji hitlerowskiej możemy poznać z Prywatnej kroniki, prowadzonej przez jednego z braci. Wykłady odbywały się w normalnym toku, działały także koła seminaryjne: samokształceniowe, misyjne i abstynenckie. Bracia wspomagali rannym w szpitalu wojskowym – zanosili im żywność i własnoręcznie „wyprodukowane” papierosy z tytoniu zebranego na kweście. W styczniu 1940 r. rozpoczęły się wizyty i prowokacje gestapo w kapucyńskim klasztorze. 25 I 1940 r. nastąpiło aresztowanie braci przez gestapo, w ramach szerszej akcji likwidacji lubelskiego duchowieństwa. Bracia – 8 kapłanów i 15 kleryków – zostali umieszczeni w więzieniu na Zamku Lubelskim. O. Henryk powiedział wtedy braciom: „Póki mamy trzeźwy umysł, zróbmy dobrą intencję. Cokolwiek nas w przyszłości spotka, niech każdy ofiaruje to Bogu w jakiejś intencji”.

Szklanka zamiast kielicha

O. Henryk z chwilą aresztowania nie przestał być gwardianem – strażnikiem braci. Bardzo o nich dbał. Potrafił zorganizować dodatkowe racje żywności. Było to możliwe dzięki kontaktom ze strażnikami więzienia. Dzięki nim również udało mu się pozyskać hostie i wino. Zadbał o to, żeby prawie codziennie w przepełnionej więziennej celi była odprawiona Eucharystia. Po wcześniejszym wstaniu i zwinięciu materacy z podłogi bracia gromadzili się wokół taboretu, który teraz pełnił rolę ołtarza, na którym zamiast kielicha stała zwykła szklanka.

Franciszkanin tak nie robi

Obóz koncentracyjny w Sachsenhausen, niedaleko Berlina, przeznaczony był do eksterminacji duchowieństwa z ponad 20 krajów. Tu bracia trafili 18 VI 1940. Obóz stanowiła przystosowana do tego celu wioska olimpijska – w 1936 Niemcy byli gospodarzami letniej olimpiady. Obozowe warunki były fatalne – ciągły głód, wycieńczająca praca, bicie i szykany, ciągnące się w nieskończoność apele... Mimo coraz gorszego położenia o. Henryk nadal czuł się odpowiedzialny za grupę braci. Bardzo ubolewał nad tym, że nie może zdobyć dla nich pożywienia. Zadziwia jego sposób bycia w obozie. Bracia, którzy byli razem z Henrykiem w obozie wspominają, że gdy widział któregoś z nich odkładającego chleb na później, mawiał: „Nie wierzysz w Opatrzność Bożą? Franciszkanin tak nie robi. Nie bójcie się, nie zginiemy z głodu”. Kiedy otrzymał trochę pieniędzy nie troszczył się o nie, bracia ostrzegali go wtedy, że mogą zostać skradzione. Odpowiadał: „Jak to, czy św. Franciszek chował pieniądze?”. Kiedy po powrocie z pracy szukał zostawionego w szafie chleba, ktoś powiedział, że chleb został skradziony. Jednak o. Henryk nie wierzył, że któryś z mieszkańców baraku, a były to osoby duchowne, mógł ukraść chleb. Szukał dalej, jednak bez skutku. Wielkie wrażenie zrobiła na współwięźniach kapucynów następująca scena. Któregoś razu za otrzymane skądś pieniądze kupił 2 bochenki chleba i rozdzielił je na 25 części – dla każdego brata. Zaprosił ich do jedzenia mówiąc: „No, bracia, pożywajmy Boże dary. Czym chata bogata, tym rada”. W czasie głodu mało kto potrafiłby zdobyć się na taki gest.

Spotkamy się w niebie

O. Kajetan Ambrożkiewicz, jeden z kleryków kapucyńskich, którzy razem z o. Henrykiem przebywał w obozie, w taki sposób mówił o nim w kazaniu poświęconym braciom zmarłym w obozach, w Lublinie w 1947 r.: „Mam jeden zarzut przeciwko Tobie mój Ojcze Dyrektorze. Tyś nie powinien był się dostać do obozu, należałeś bowiem do tych więźniów, o których pół żartem, pół z płaczem mówiło się, że nie nadawali się do obozu. Kiedyśmy zimą z '41 na '42 rok, dzień w dzień, od wczesnego ranka do późnego wieczoru, na mrozie i o głodzie pracowali przy śniegu, nie umiałeś się nigdy tak jakoś zawinąć, by dostać do rąk lekką łopatę do ładowania śniegu, lecz byłeś wiecznie wśród tych, którym zostawały ciężkie niemiłosiernie taczki. I z tymi taczkami nie umiałeś sobie radzić, nie umiałeś ich rzucić w śnieg, gdy nikt nie widział i schronić się w jakiś cieplejszy kąt, choćby na jedno przedpołudnie. Nie umiałeś odpocząć sobie, gdy oko esesmana lub złego kapo nie spoczywało na Tobie. Nie posiadałeś niezbędnej do życia obozowego sztuki udawania, że coś się robi nie robiąc. Byłeś za prostolinijny. Zbyt jawną, zbyt franciszkową duszę miałeś, by taczki rzucić, by ulżyć sobie w pracy. Nie nadawałeś się do obozu. Pracowałeś za sumiennie i za dużo. Największa Twoja niedola, a zarazem i Twoja wielkość to to, że i w obozie nie umiałeś kopcić, ale tylko palić się i płonąć. I spłonąłeś szybko. Gdy już taki słaby byłeś, że z pracy nie mogłeś wrócić o własnych siłach, gdy Cię półprzytomnego Twoi współbracia zaprowadzili do szpitala, gdy zdrowy rozum nakazywał nie pokazywać tych ostatnich resztek sił tlejących w obumierającym organizmie (tylko nieprzytomnych i konających przyjmowano w tym czasie do szpitala), to Ty skoro posłyszałeś gniewny krzyk sanitariusza, zażartego wroga księży, ostatnim wysiłkiem woli stanąłeś sam na nogach. I musiałeś wrócić na blok podtrzymywany i niesiony przez współbraci. Czułeś już, że się dopalasz, bo powiedziałeś nam: „Jak umrę to się będę za was modlił, by was Bóg wyprowadził z obozu i byście nigdy nie byli głodni”. Za kilka dni byłeś już tak słaby, że i krzyki nieludzkiego sanitariusza nie pomogły i na nogi Cię nie postawiły. Przyjęto Cię do szpitala w ostatnim stadium wyczerpania organizmu. Niedługo już tam żyłeś. Nie widzieliśmy Cię na łóżku szpitalnym. Ale przed samą śmiercią napisałeś do nas, do swej ukochanej grupki kleryckiej, list pożegnalny, list który jest zarazem Twoim testamentem. Umiem go do dziś na pamięć. (…) Pisałeś w nim tak: 'Drodzy bracia! Jestem w rewirze na siódmym bloku. Strasznie schudłem bo woda opadła. Ważę 35 kg. Każda kość boli. Leżę na łóżku jak na krzyżu z Chrystusem. I dobrze mi jest razem z Nim być i cierpieć. Modlę się za was i cierpienia swoje Bogu za was ofiaruję.(...)Wiem, że umrę i na ziemi się nie zobaczymy. Spotkamy się za to w niebie. Żegnam was i wszystkich całuję. Wasz brat w Chrystusie Henryk.”

Dotrzymał słowa

O. Henryk powiedział braciom, że po śmierci będzie się za nich modlił, żeby żaden z nich nie umarł z głodu. O. Ambroży Jastrzębski, również jeden z kleryków o. Henryka, napisał: „Umarł z wyczerpania i głodu, abyśmy my nie umarli z głodu, jak sam powiedział przed śmiercią. (…) Dotrzymał też słowa. Modlił się za nas kleryków, bośmy wszyscy (jeden umarł przed nim) przetrwali obóz w Dachau i odzyskali wolność”. Do zobaczenia w niebie bracie Henryku!