In Englisch In Italiano Auf Deutsch
Dom Pielgrzyma im. Św. Józefa
Dołącz do nas na Facebook'u

https://www.swietyjozef.kalisz.pl/main/dachau.gif

Bł. brat Fidelis Chojnacki (1. XI. 1906 - 9. VII. 1942)

Opracował: br. Szymon Janowski

...do tańca i do różańca

Hieronim i Stanisław Hieronim przyszedł na świat w Łodzi, w 1906 roku, w wielodzietnej rodzinie. Jako mały chłopiec ze starszym o 2 lata wujem (bratem matki) - Stanisławem, często bawił się „w kościół”. W papierowym ornacie, przy organach (ustnej harmonijce, na której akompaniował Stanisław) i przy asyście zakrystiana (dużo starszej od nich ciotki) sprawował Hieronim swoje pierwsze „msze”. Po ukończeniu szkoły średniej Hieronim wstąpił do szkoły podchorążych, Stanisław już wcześniej rozpoczął naukę w seminarium. Po ukończeniu podchorążówki Hieronim nie mógł znaleźć pracy. Dzięki ciotce otrzymał zatrudnienie w PZU w Szczuczynie Nowogrodzkim. Po roku udało mu się dostać pracę w Warszawie, na Poczcie Głównej. W tym czasie cały czas współpracuje z ks. Stanisławem przy kierowaniu Akcji Katolickiej na terenie Warszawy. Zacieśnia się między nimi przyjaźń, uwidacznia się coraz większy wpływ Stanisława na duchowość Hieronima.

Ostatnia Wigilia z Hieronimem

W grudniu 1932 Hieronim przyjechał z Warszawy na Święta. Była to jego ostatnia Wigilia w rodzinnym domu – pół roku później wstąpi do kapucynów. W czasie przygotowań do wigilijnej wieczerzy powiedział, że nie usiądzie do stołu jeżeli nie zniknie z niego alkohol. Wybuchła sprzeczka z ojcem. W końcu ojciec dał za wygraną i schował alkohol. Taka postawa Hieronima wynikła z jego dużego zaangażowania w sprawę szerzenia abstynencji. Z tego czasu zachował się jego referat, napisany dla jednego z abstynenckich kółek, pt. „Alkohol – tyranem królewskiego człowieczeństwa”.

„Jedna chwila...”

Po podjęciu pracy w Warszawie Hieronim zaprzyjaźnia się z kapucynami. Przy klasztorze na Miodowej wstępuje do Franciszkańskiego Zakonu Świeckich. Należał w nim do ekipy łagodzenia sporów oraz ekipy odpowiedzialnej za pomoc biednym. Tu miał styczność z o. Anicetem, którego znał już wcześniej. Spotkali się wcześniej, w oficerskim kasynie, gdzie Anicet zbierał jałmużnę dla biednych. Oficerowie próbowali upić Aniceta, oferując mu pieniądze po wypiciu z nimi kolejki. Jednak szybko stwierdzili, że z o. Anicetem taki zakład to niezbyt dobry pomysł. Kontakt, z kapucynami, szczególnie z o. Anicetem, rozbudził w Hieronimie kapucyńskie powołanie. Mimo sprzeciwu rodziców prosi o przyjęcie do zakonu. Pytany o to, dlaczego się zdecydował na taki krok, odpowiadał: „Jedna chwila głębokiego namysłu”.

Okruchy czasu

W 1933 roku, w sierpniu, rozpoczął nowicjat, otrzymał habit i zakonne imię Fidelis. Był sporo starszy od współnowicjuszy – w chwili wstąpienia miał 27 lat. Imponował wewnętrznym wyrobieniem, ale i przystępnością i prostotą. Jego współbrat z nowicjatu – o. Benedykt Drozdowski – wspominał, że Fidelis interesował się szczególnie zagadnieniami życia wewnętrznego – dużo czytał i rozmawiał na ten temat z braćmi. Biegle znał niemiecki, francuski, włoski i angielski. W nowicjacie nauczył się łaciny. Nie tracił czasu. O. Benedykt wspomina, że już na początku nowicjatu Fidelis powiedział: „Życie nasze i praca składa się zasadniczo z okruchów czasu, kto potrafi wykorzystać każdą chwilę – ową kruszynę czasu – ten wiele potrafi zrobić w każdej dziedzinie”. Innym hasłem Fidelisa było: „Normalny człowiek powinien być do tańca i do różańca”.

„Trzeba psuć papier.”

W 1934 rozpoczyna studia filozoficzne w Zakroczymiu. Tu pod wpływem ks. Stanisława i za zgodą przełożonych zakłada Kółko Współpracy Intelektualnej Kleryków. Fidelis układa regulamin i statuty Kółka. W jego ramach odbywają się spotkania i referaty. Jednocześnie kontynuuje zaangażowanie w działalność abstynencką – zakłada Kółko Abstynentów. Na sercu leżą mu nieustannie sprawy Franciszkańskiego Zakonu Świeckich. Przełożeni liczyli na to, że w przyszłości będzie odpowiedzialny za kierowanie FZŚ w skali prowincji. Dużo pisze. Zachowało się kilka artykułów (publikował w „Rodzinie Serafickiej”) i kilkanaście listów jego autorstwa. W jednym z nich napisał: „Co do mnie, teraz coraz więcej piszę. Muszę! Gdy się coś we mnie skrupi, to już nie ma rady, trzeba psuć papier”. W tym samym liście przedstawia projekt opracowywanego przez siebie brewiarza dla FZŚ oraz „Podręcznika dla tercjarzy” - książki omawiającej zagadnienia z duchowości franciszkanów świeckich. Warto przypomnieć, że w tym czasie jest dopiero studentem filozofii, a więc dopiero rozpoczyna zakonne życie.

Dojrzał do nieba

W 1937 przyjeżdża na studia teologiczne do Lublina. Zostaje dziekanem kapucyńskiego seminarium. Rok akademicki 1939/1940 bracia rozpoczęli w zbombardowanym, okupowanym przez Niemców, mieście. W liście do ks. Stanisława Fidelis nie potrafi ukryć przygnębienia: „Panuje i u nas atmosfera bez jutra, coś co bardzo męczy, nie wiemy ani dnia, ani godziny. (…) O normalnym życiu nie ma u nas mowy. Nigdy nie wiem co będę robił. To dziwne, prawda? Ale też i męczące”. Dalej zaznacza, że już za rok, po święceniach, ma zostać redaktorem naczelnym „Rodziny Serafickiej”, wydawanego od 1910 r. czasopisma FZŚ. Miesiąc po napisaniu tego listu, wraz z całą familią klasztoru lubelskiego zostaje aresztowany i umieszczony w więzieniu na Zamku Lubelskim. Po niespełna pół roku więźniów przewieziono do Sachsenhausen, a następnie do obozu w Dachau. To co Fidelis przeżył w obozach odcisnęło na nim swoje piętno. Złamało go wewnętrznie. Stracił właściwy sobie optymizm. W Dachau z powodu fatalnych warunków, braku odzieży i wykańczającej pracy, bardzo zapadł na zdrowiu. Zimą 1942 roku przenosząc kocioł kawy, poślizgnął się i przewrócił. Gorąca kawa poparzyła Fidelisa. Został wtedy ciężko pobity przez blokowego. To wydarzenie jeszcze bardziej przyczyniło się do jego załamania wewnętrznego. Jeden z braci-współwięźniów powiedział o Fidelisie: „Godził się na śmierć i Bogu składał w cichej ofierze wszystkie swoje sny i marzenia o pracy w przyszłości. Ukojenie spływało powoli na serce osłabione, z trudem wybijające ostatnie swe drgnienia na ziemi”. Gdy szedł obozowego szpitala, a więc na śmierć, był „jakby dziwnie ukojony i uciszony w sobie, w oczach miał nawet pogodne błyski, ale były to już błyski nie z tego świata. Ucałował się z każdym z nas i pożegnał nas słowami godnymi syna św. Franciszka: 'Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Do widzenia w niebie'.” Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Rodzina otrzymała od władz obozowych lakoniczną informację o jego śmierci.