In Englisch In Italiano Auf Deutsch

ks. Jarosław Wąsowicz SDB

W obozach koncentracyjnych

W wieku XX - jak zauważył w liście Tertio millenio adveniente papież Jan Paweł II - wrócili męczennicy. Często nieznani z imienia, ale znani z heroicznej postawy wierności wierze. Ich świadectwo przemawia do nas i ubogaca Kościół, tak samo jak męczeństwo chrześcijan czasów starożytnych. W wielu wydarzeniach martyrologii Kościoła ubiegłego wieku odnajdziemy historie analogiczne do tych, które pojawiły się w męczeństwie pierwszych wierzących w Jezusa Chrystusa. Tak jest chociażby w przypadku Eucharystii, która w XX wieku w wielu miejscach świata zeszła do katakumb. Odprawiana w tajemnicy i ukryciu, przygotowywała wiernych do potwierdzenia swej wiary w Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. Dla pierwszych chrześcijan Eucharystia stawała się często ostatnim umocnieniem na męczeńskiej drodze. Zdarzało się, że prosto po Mszy świętej z katakumb szli na cyrkowe areny, aby tam stracić życie dla Chrystusa. Podobnie było w dziejach martyrologii chrześcijan ubiegłego stulecia, zwłaszcza w okresie prześladowań ze strony totalitarnych systemów: hitlerowskiego nazizmu i sowieckiego komunizmu.

Na drogach męczeństwa

Największe natężenie prześladowań za wiarę miało miejsce w czasie II wojny światowej. Po zajęciu polskich ziem okupanci niemal od razu przystąpili do eksterminacji warstw społecznych, które kształtowały siłę narodu. W tej grupie znaleźli się także duchowni. Księża ginęli na froncie, byli rozstrzeliwani w publicznych egzekucjach i mordowani skrycie. Swoją męczeńską drogę przechodzili w hitlerowskich obozach zagłady i sowieckich łagrach.

Z tego krwawego okresu dziejów Kościoła w Polsce zachowały się świadectwa przeżywania przez kapłanów w więziennych warunkach spotkań z Chrystusem w Eucharystii.

Zanim księża czy zakonnicy trafiali do obozów koncentracyjnych, pierwszy etap męczeńskiej drogi przechodzili zazwyczaj w miejskich więzieniach, miejscach internowania, obozach przejściowych. Często lokowano je w dużych klasztorach. Jednym z takich miejsc był obóz zorganizowany w pocysterskim klasztorze w Lądzie nad Wartą, w którym salezjanie prowadzili przed wojną Niższe Seminarium Duchowne.

W styczniu 1940 roku Niemcy osadzili tu ponad 150 kapłanów na czele z biskupem sufraganem włocławskim Michałem Kozalem.

W obozie tym księża mieli względną swobodę, ale nie mogli pełnić posługi kapłańskiej dla miejscowych parafian. Wobec rzadkich kontroli gestapo z Inowrocławia i Poznania zakazy te skrzętnie omijano. Dużą ra¬¬dością dla aresztowanych w Lądzie kapłanów była możliwość codziennej celebracji Eucharystii. W lądzkiej świątyni Msze święte odprawiano przy wszystkich ołtarzach od wczesnych godzin rannych do południa. Chętnie służyli do nich miejscowi chłopcy. Szczególnym przeżyciem dla więzionych w Lądzie kapłanów i dla bp. Michała Kozala stała się Eucharystia sprawowana w Wielki Czwartek 1940 roku. Ksiądz biskup, konsekrowany na krótko przed wybuchem wojny, dopiero drugi raz w życiu mógł spełnić związane ze swoimi święceniami czynności liturgiczne. Oleje w tym dniu przez niego poświęcone, z pomocą kurierów, zostały przewiezione do Włocławka i dalej wszędzie tam, gdzie prowadzono jeszcze posługę duszpasterską.

W swoich powojennych wspomnieniach aresztowani w Lądzie księża często potwierdzali, że możliwość prowadzenia przez nich na tym etapie pogłębionego życia religijnego była znakomitym przygotowaniem do czekających ich cierpień i ofiar. To właśnie w Lądzie bp Kozal, „mistrz męczenników” – jak go nazwano w 1987 roku w dekrecie beatyfikacyjnym – ofiarował swoje życie Panu Bogu za wolność ojczyzny i Kościoła. Księża mogli tu w pełni karmić się Eucharystią. Na dalszych etapach ich męczeńskiej drogi, zwłaszcza w obozie koncentracyjnym w Dachau, znaczne ograniczenia w tym względzie przysparzały im dodatkowych cierpień. Myślami wracali wtedy często do lądzkiego klasztoru.

Nie zawsze w obozach przejściowych można było swobodnie uczestniczyć w Eucharystii, jak to miało miejsce w Lądzie. Jednak tęsknota za spotkaniem z Chrystusem w Eucharystii rodziła determinację więźniów, którzy natarczywie zabiegali o możliwość udziału we Mszy świętej. Zdarzały się przypadki, że w wyniku nacisków serca oprawców miękły. Jedna z sióstr więźniarek obozu dla zakonnic w Bojanowie wspominała po wojnie, że długo musiały się starać o zezwolenie na odprawianie Mszy przez kapłana. W końcu je otrzymały. Po latach zakonnica tak przywoływała w pamięci pierwszą obozową Eucharystię: „Wielkim przeżyciem był dla nas fakt, że w poranek wielkanocny miałyśmy okazję uczestniczyć we Mszy świętej. Zamiast podniosłych śpiewów Alleluja, popłynęły łzy radości i szczęścia. Bóg zmartwychwstały zagościł nie tylko pod naszym dachem, ale i w naszych sercach”. Eucharystia pozwalała siostrom przeżyć trudne obozowe chwile, umacniając w ich sercach postawę heroizmu. To właśnie spotkania z Chrystusem eucharystycznym powo¬dowały, że siostry wolały wybierać życie obozowe, ale zawsze wspólne, niż być wysłanymi indywidualnie do przymusowej pracy u osób prywatnych.

Więzienną Eucharystię wspomina też jeden z jezuitów wileńskich, którzy zostali aresztowani 26 marca 1942 roku i osadzeni w słynnym więzieniu na Łukiszkach: „Najjaśniejszym punktem w tej naszej więziennej doli była zakonspirowana Msza święta, którą niedługo po aresztowaniu mogliśmy zorganizować dzięki temu, że jedna młoda, sympatyczna dozorczyni nie bała się przemycać nam wina i komunikantów. Po wstaniu i umyciu się nad jedną miednicą, przywdziewaliśmy suknie – zostawili nam Niemcy ten znak zakonnej przynależności – i stawaliśmy murem od strony drzwi, żeby ktoś niepowołany zaglądając przez «judasza», nie zorientował się, co się w celi dzieje. Na więziennym stole rozkładaliśmy zamiast korporału czystą białą chusteczkę, stawialiśmy na niej niewielką szklankę, nakrywaliśmy ją świętym obrazkiem, kładliśmy na talerzyku komunikanty podzielone na ćwiartki, bo nie wiadomo, kiedy otrzymamy następne, i rozpoczynała się eucharystyczna ofiara. Cóż to było za przeżycie! Nie będę go opisywał: nie potrafię. Powiem tylko tyle: dla jednej takiej Mszy świętej warto było przeżyć siedem miesięcy w więzieniu”.

Za drutami

Katakumbowe Msze święte odprawiano potajemnie w większości obozów koncentracyjnych od Auschwitz po Dachau. Więźniów wspierali w tych działaniach wierni, którzy pozostali na wolności. Za przemycanie z zewnątrz do miejsc zagłady wina i komunikantów narażali się na utratę wolności, a nawet życia. Wielu z nich taką cenę zapłaciło. W kilku obozach koncentracyjnych funkcjonowały kaplice, w których można było niekiedy sprawować eucharystyczną ofiarę. Tak było przez jakiś czas w Sachsenhausen, gdzie taką kaplicę otwarto 5 sierpnia 1940 roku, ale już w Buchenwaldzie kaplicy nie było, a księża mieli tylko przywilej odmawiania brewiarza.

W obozie koncentracyjnym w Dachau, przeznaczonym głównie do eksterminacji duchowieństwa z podbitych przez Niemców państw, kaplicę obozową otwarto 21 stycznia 1941 roku. Została ulokowana w bloku 26, w którym przebywali księża innej niż polska narodowości. Przez pewien czas codzienne Msze święte dla polskich księży sprawował w niej ks. Paweł Prabucki z diecezji chełmińskiej, dziś kandydat na ołtarze. Główny celebrans za każdym razem konsekrował te hostie, które starochrześcijańskim zwyczajem spoczywały na dłoniach uczestniczących w niej kapłanów. Eucharystyczną ofiarę odprawił w obozowej kaplicy także bp. Michał Kozal w rocznicę swojej konsekracji.

Możliwość regularnego uczestnictwa we Mszy świętej nie trwała jednak długo. Ks. Prabucki za pozwoleniem władz odprawiał Msze święte dla polskich duchownych tylko do 21 września 1941 roku, a więc do momentu likwidacji „kapłańskich przywilejów”. Od tej pory w kaplicy mogli modlić się księża wszystkich narodowości z wyjątkiem Polaków. Dodatkowym cierpieniem dla polskich księży było to, że ich współbracia w kapłaństwie z innych narodowości niekiedy skrupulatnie wypełniali zarządzenia władz i nie wpuszczali polskich kapłanów, którzy po kryjomu próbowali dostać się do kaplicy. Bp Franciszek Korszyński tak wspominał tamten czas: „Sama świadomość tego, że na sąsiednim bloku mieszka Pan Jezus eucharystyczny, miała dla nas wielkie znaczenie, gdyż myślą przenosiliśmy się tam nieraz. Kiedyśmy przechodzili obok kaplicy, a esmana blisko nie było, zdejmowaliśmy czapki jak w Polsce przed świątynią”.

Można powtórzyć za bp. Józefem Gawliną, że obozowy głód pokarmu na życie wieczne spowodował odkrywanie w Dachau nowych dróg Jezusa w Eucharystii do serc ludzkich. Polscy księża „organizowali sobie Pana Jezusa” jak umieli. „Jezus wynajdował tysięczne sposoby i nieoczekiwane chwile, by posilić dusze swoich kapłanów” – podsumowywał to doświadczenie polskich księży ówczesny biskup polowy WP. W polskich blokach 28 i 30 kapłani regularnie odprawiali potajemne Msze święte. Odbywały się one w izbach między łóżkami, na fermach i na plantacjach, bez paramentów i na pamięć. W obawie przed zdradą Komunię przyjmowało zaledwie kilka wtajemniczonych osób.

Konsekrowane hostie, także w ogromnej tajemnicy, przechowywano w różnych miejscach izb blokowych. Działo się tak aż do czasu wielkiej rewizji z końca marca 1942 roku. Niemcy przeszukali wówczas każdy zakamarek, każdą szparę, szafkę, przejrzeli każdą kartkę papieru. W czasie rewizji - jak wspominają księża więzieni w Dachau – doszło do obozowego cudu eucharystycznego. Skrupulatni Niemcy nie znaleźli w tym dniu zakonsekrowanych hostii ukrytych w papierowych chusteczkach. Po rewizji księża w stercie papierów, wśród powywalanych z szafek rzeczy, natychmiast odnaleźli chusteczki i spożyli Komunię świętą. Postanowili więcej nie ryzykować i nosili od tej pory Pana Jezusa przy sobie.

Skarbu Eucharystii księża nie zachowywali tylko dla siebie. Komunię świętą przekazywano także świeckim współwięźniom, którzy roznosili ją - jak starożytny Tarsycjusz - chorym i umierającym konfratrom. Z niezwykłym zaangażowaniem posługę tajemnych szafarzy pełnili także więzieni w obozie klerycy. Komunię przenoszono w różny sposób: dźwigając ciężkie kotły z zupą, w pudełeczkach, w rękawicach, a kiedy rewizja była nazbyt dokładna - nawet w ustach. Udzielano jej także w różnych miejscach i o różnej porze. Czasem o wczesnych godzinach rannych lub późnym wieczorem, kiedy czujność strażników była uśpiona. Więźniowie przyjmowali Pana Jezusa w czasie drogi do pracy, przez okno baraku i w sypialniach. Niezwykle wzruszającą była posługa eucharystyczna kapłanów w czasie epidemii tyfusu plamistego. Parę tysięcy ludzi stłoczono wówczas w kilku zaledwie blokach, które otoczono drutem, skazując zarażonych na wymarcie. Do opieki nad tymi nieszczęśnikami zgłosiło się wówczas wielu kapłanów, między innymi ks. Wincenty Frelichowski. Księża byli dla chorych kapłanami, lekarzami, pielęgniarzami, najbliższymi osobami, które można było w chwili śmierci trzymać za rękę. Bp Józef Gawlina w jednym z przemówień dotyczących postawy polskich kapłanów w Dachau tak opisywał tamte wydarzenia: „Rozpoczęły się w tej części obozu rządy Jezusa. Nikt tam z władz nie zaglądał, nikt o nic nie pytał. Swobodnie więc dusza «z natury chrześcijańska» nagrzewać się mogła promieniami łaski płynącej z Jezusa w Eucharystii. Codzienna Msza święta była radością dla umierających szkieletów ludzkich. Opuszczeni przez wszystkich, garnęli się tłumnie do Jezusa, który zamieszkał wśród nich w Eucharystii i w osobach kapłanów. Ze łzami szczęścia przyjmowali Jezusa Polacy i Belgowie, Francuzi i Holendrzy, Włosi, Niemcy, Czesi, Węgrzy, Rosjanie, Serbowie, Słoweńcy i Hiszpanie. Może pierwszy raz, odkąd istniało Dachau, pojawił się na ustach umierających ludzi uśmiech radości i szczęścia – szczęścia, jakie daje posiadanie Jezusa w Komunii świętej. Widząc uśmiech na ustach towarzyszów, których życie dogasało, wielu pogan prosiło o chrzest”.