In English In Italiano Auf Deutsch
/ Home / Więźniowie Dachau

Wspomnienia z Vernichtungslager

Rozmowa ks. Leszka Szkopka z ks. bp. Ignacym Jeżem

W jakim momencie swojego życia Ksiądz Biskup znalazł się w Dachau?

Byłem bardzo młodym księdzem, zaledwie pięć lat po święceniach. Pracowałem jako wikariusz w parafii p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Hajdukach Wielkich pod Katowicami. W kwietniu 1940 roku Niemcy aresztowali mojego proboszcza, który był dawnym działaczem plebiscytowym i umieścili go w obozie koncentracyjnym. Po dwóch latach przyszła wiadomość o jego śmierci. Jako powód podano katar żołądka czy jelit. Później dowiedzieliśmy się, że w transporcie inwalidów trafił do Hartheim, gdzie go zagazowano. Odprawialiśmy Mszę św. w jego intencji, co wydawało nam się zupełnie naturalne. Niestety Gestapo nie spodobało się, że uczestniczyło w niej tak bardzo wielu ludzi i oświadczyło, że była to specjalnie zrobiona manifestacja. Winą obarczono najstarszego wikarego, czyli mnie, gdyż pod nieobecność proboszcza byłem administratorem parafii, czyli nią zarządzałem. 7 października 1942 roku trafiłem do obozu, w którym udało mi się przetrwać prawie trzy lata. Wyszedłem z niego cały i zdrowy i żyję po dziś dzień, co jest jedną z wielkich tajemnic Bożych.

Jak wyglądało życie codzienne w obozie?

Najpierw trzeba powiedzieć, że był to tzw. Vernichtungslager, czyli obóz zagłady. A więc ludzie byli skazani faktycznie na śmierć. Tak były obliczone dzienne dawki jedzenia. Można powiedzieć, że utrzymywały życie. Jak przyszła trudniejsza praca, niepogoda, gorączka to oczywiście one nie wystarczały. Człowiek z dnia na dzień stawał się słabszy. Zregenerować sił nie było jak, wobec tego ludzie powoli skazywani byli na śmierć. Procentowo najwięcej zmarło w roku 1942, roku największego głodu. Racji żywnościowych było coraz mniej. Trochę zupy i kromka chleba nie wystarczały.

W 1943 roku po klęsce pod Stalingradem zaczęto oszczędzać siły fizyczne więźniów wykorzystując ich na przykład do odgruzowywania Monachium po atakach lotniczych aliantów. Mogliśmy wtedy już dostawać paczki z domu. Księża byli wtedy w lepszej sytuacji niż wszyscy inni więźniowie. Żywność była na kartki, a za nimi stała cała parafia, a nie tylko rodzina. Można powiedzieć, że przyszły czasy nieco lepsze. Łatwiej było przetrwać, wobec tego przypadków śmierci w latach 1943 i 1944 było znacznie mniej.

Oczywiście warunki ciągle były straszne. Ciężka praca, apele, stanie i czekanie aż się doliczą ostatniego z więźniów. To wszystko było okropnym utrapieniem, tak jak i praca. Wobec tego jakiekolwiek zaziębienie, czy choroba jak tyfus, dur brzuszny lub plamisty na skutek przepełnienia obozu groziły śmiercią.

Pod koniec wojny nie było mowy o utrzymaniu higieny, bo w obozie było prawie 30 tysięcy więźniów, znacznie więcej niż przewidywano. Kąpiel ani zmiana bielizny nie były możliwe. Szalał tyfus plamisty, który wykańczał przede wszystkim więźniów przebywających dłuższy czas w obozie. Ich organizm nie był w stanie się bronić. Wtedy nas zaangażowano jako służbę blokową i obozową. Polacy, którzy znali niemiecki stali się tłumaczami. Sam byłem na takim bloku pisarzem i mogłem nawet w Boże Narodzenie 1944 roku odprawić Mszę św. bez wiedzy władz obozu. Nawet blokowemu kazałem iść spać, żeby za to nie odpowiadał.

Jak Ksiądz Biskup w obozie przeżywał własne kapłaństwo?

Chociaż na terenie obozu, w bloku 26 była kaplica to jednak my Polacy nie mieliśmy do niej wstępu. Była ona jedynie dla księży niemieckich i księży innych narodowości. Nie mogliśmy odprawiać Mszy św., odmawiać brewiarza czy prowadzić wspólnych modlitw.

Jedynie wieczorem przy zgaszonym świetle, gdy wszyscy byli w łóżkach, ktoś prowadził modlitwy albo jakieś rozważania. Natomiast reszta była tylko indywidualnym wysiłkiem każdego z nas. Modliłem się nieraz z ks. Konradem Szwedą, który znał na pamięć wszystkie litanie. Jak to było możliwe, jeszcze dziś jest mi to trudno sobie wyobrazić, ale po codziennej toalecie wygospodarowywaliśmy pięć minut czasu przed apelem, aby stanąć gdzieś w kącie i pomodlić się. Właśnie wtedy on te litanie i inne modlitwy odmawiał. Tak więc we dwójkę mogliśmy sobie pacierze poranne odmówić, ale absolutnie nie mogła to być większa grupa. Także w pracy, zwłaszcza gdy były jakieś nudne zajęcia, na przykład w szwalni czy podczas pielenia na plantacjach, kto chciał mógł ten czas wykorzystać na modlitwę..

Księże Biskupie, jak doszło do oddania się św. Józefowi?

Pomysł oddania się św. Józefowi zrodził się wśród księży z diecezji włocławskiej, do której wtedy należał Kalisz, a reszta go przyjęła. Trzeba pamiętać, że to nie była jakaś wielka manifestacyjna uroczystość, która wszystkich zgromadziła. Zgodę wyraziliśmy w małych grupach. Także w małych grupach to ślubowanie zostało powtórzone, bo były trudności z napisaniem go. Chodziło o to, by ktoś niepowołany nie dostał tekstu w swoje ręce.

Przed wojną po Białej Niedzieli było obchodzone święto Opieki św. Józefa nad Kościołem. Więc pod tę opiekę św. Józefa uciekaliśmy się wtedy, zdając sobie sprawę z tego, że wojna zbliża się ku końcowi. Ale jaki będzie nasz koniec? Tego nikt nie wiedział. Rzeczywiście można było przeczuwać najgorsze.