In Englisch In Italiano Auf Deutsch

Ks. Arcybiskup Kazimierz Majdański

Źródło: www.isnr.uksw.edu.pl

Historia docet

Historia ma prawo uczyć. Przypomnienie dni 6 i 7 listopada 1939 roku stanowi sposobną ku temu okazję. Niech więc nas uczą dzieje przeżyte w XX wieku, wyjątkowym w dziejach Polski, bogatym w niezwykłe świadectwa[1].

Zmagania o wolność

Pierwsze dwudziestolecie XX wieku było przygotowaniem do odzyskania przez Polskę wolności - po długiej niewoli.

Wolność tę paradoksalnie żegnał niegdyś niezwykły zryw Konstytucji 3 Maja (1791), która wzmogła zazdrosną nienawiść sąsiadów. Przyszedł wówczas długi okres niezwykłych ofiar, jakie poniósł Naród wśród powstańczych zmagań, kazamatów i bolesnych zesłań na Syberię, Kulturkampfu i walki o zachowanie polskiego języka i każdej piędzi polskiej ziemi. Wolność Polski rodziła się na nowo z nieugaszonych mocy ducha, krzepionych poezją Wieszczów, dziełami wielkich Pisarzy i Artystów, genialną twórczością Chopina, bohaterskimi zrywami powstańczymi, ale nade wszystko tradycjami naszej kultury, wiernie przechowywanej w polskich domach rodzinnych.

Początkowe dzieje XX wieku naznaczone zostały przez zmagania I wojny światowej (1914-1918). Polacy, wierni zawołaniu: "Za wolność naszą i waszą!", brali w niej udział na wszystkich frontach. Koniec wojny przyniósł naszej Ojczyźnie początek wolności. Polska pojawiła się znów na mapach świata.

Zanim jednak zakończyło się pierwsze dwudziestolecie naszego wieku, wolna, lecz bardzo młoda Rzeczpospolita musiała podjąć na nowo gigantyczne zmagania: ze Wschodu ruszyła na Polskę nawałnica Armii Czerwonej. Cały kraj, natchniony męstwem i ofiarnością, szybko formował szeregi, które zapełniło wielu harcerzy i innych młodych ochotników. Za oceanem i na zachodzie Europy Polonia zorganizowała Błękitną Armię.

I tak w sierpniu 1920 roku stało się - już na przedpolach Warszawy - jedno z największych polskich zwycięstw. Nazwano je "Cudem nad Wisłą", także dlatego, że złamana została potęga, która niosła z sobą walkę z Bogiem i z Jego Matką, Królową Polski.

Wielka bitwa roku 1920, która ocaliła Warszawę i Polskę, uratowała jednocześnie - nie po raz pierwszy! - Europę. Nie po raz pierwszy, bo takimi wydarzeniami bywały znaczone nasze dzieje często. I tak stało się i teraz, na samym progu odzyskanej wolności.

Kolejne dwudziestolecie stało się okresem niewiarygodnie szybkiej odbudowy i organizowania kraju. Zbudowana została Gdynia i nowoczesny morski port, dzięki czemu upragniony przez nas dostęp do morza został śmiało i rozsądnie zagospodarowany. Zbudowano też w ubogiej dzielnicy Polski Centralny Okręg Przemysłowy (COP), ze stolicą o charakterystycznej nazwie: Stalowa Wola. To tylko niektóre przykłady. W całym bowiem kraju nastąpił rozwój szeroko rozumianego budownictwa. Powstawały także szkoły różnych typów i wszystkich stopni. Bujnie kwitła kultura duchowa i materialna.

Jeszcze jednak nie zdążyło upłynąć to drugie dwudziestolecie wzrostu i rozwoju, gdy dwaj dawni zaborcy: Niemcy i spadkobierca Rosji, Związek Radziecki, zawarli pakt, który oznaczał, że te dwa sąsiednie mocarstwa, rządzone tym razem przez dwóch największych w Europie XX wieku tyranów: Adolfa Hitlera i Józefa Stalina, miały znowuż stratować i wchłonąć Polskę.

Tak wybuchła II wojna światowa, którą rozpoczął Hitler nagłym napadem na Polskę w dniu 1 września 1939 roku. Szybko dołączył ze swoją armią Stalin. Rozpoczęły się znów heroiczne zmagania naszego Narodu, bohatersko walczącego zarówno w Armii Podziemnej, jak i na wszystkich frontach Europy, od Narwiku po Monte Cassino, a także w niezwykłym Powstaniu Warszawskim. Zmaganiom tym towarzyszyła gehenna całego Narodu. Srożył się terror i trwała stopniowa eksterminacja, zaplanowana tak, by nie pozbawiać się zbyt szybko niewolniczej siły roboczej. Była więc powolniejsza niż eksterminacja narodu żydowskiego, dokonywana z jakimś infernalnym pośpiechem.

Terror zapanował na Wschodzie i na Zachodzie. Terror - narzędzie "cywilizacji śmierci". Na Wschodzie jego symbolem stał się Katyń, z wymordowanymi, z chłodną kalkulacją, tysiącami oficerów polskich. Znakiem ogromu prześladowań stały się tam nadto, wypełnione niezliczoną rzeszą Polaków, łagry sowieckie. System łagrów był bliski hitlerowskiemu systemowi obozów koncentracyjnych.

Łagry i obozy koncentracyjne trudno zliczyć. Trudno też zliczyć ich wkład w nowej walce o wolność. Więźniowie stali się bowiem armią broniącą straszliwie umęczonej Polski - podobnie, jak Armia Podziemna i jak zbrojne oddziały polskie, formowane najpierw na Zachodzie, a potem także na Wschodzie, i jak Powstańcy Warszawy. Więźniowie bronili Ojczyzny równie heroicznie, choć inaczej. W 1970 roku mówił o tym na Monte Cassino Kardynał Karol Wojtyła:

"Oto z ziemi polskiej, ziemi udręczonej, wyruszyli żołnierze i różnymi drogami - przez różne części i przez różne kraje świata - zdążali na to miejsce: nie na to jedno, ale także i na to. W ślad za żołnierzami wyruszyli także i kapłani. Byli, tak jak za dni pokoju, tak i za dni wojny, duszpasterzami. Historyczny to moment.

A drugi, prawie równolegle z tym, wyruszył z naszej udręczonej ziemi polskiej pochód więźniów. Ci, nie na szlakach żołnierskich - na szlakach wolności i walki - ale na szlakach niewoli, na szlakach upokorzenia tak głębokiego, jak tylko może zadać człowiek człowiekowi, odbywali swój pochód. Wśród tego pochodu także byli, i to w znacznej liczbie, kapłani. To są te dwa pochody, które chociaż nie spotkały się wówczas, kiedy szły - chociaż każdy podążał w inną stronę i każdy inną spełniał funkcję, inne posłannictwo - to przecież od początku były razem i jednej służyły sprawie"[2].

Czy można ocenić i zmierzyć, przed Bogiem i ludźmi, zasługi uczestników tej niezliczonej rzeszy "pochodu więźniów", idących ku wolnej Polsce przez mękę, terror i śmierć?

Krótko przed połową XX wieku zaznała wreszcie nasza Ziemia znowuż wolności. Była to jednak wolność bardzo trudna, a kroniki wciąż zapisują ślady dokonanych dość niedawno zbrodni we własnym Kraju.

Wiek XX skończył się łańcuchem wojen rozpętanych na wielu kontynentach, z niedawną - tuż obok nas - na Bałkanach. Co się stało ze wszystkimi uroczystymi deklaracjami organizacji światowych i międzynarodowych na rzecz pokoju? Czy człowiek naszego czasu stracił prawo do pokoju, to znaczy prawo do życia?

Takie jest tło obecnego świadectwa. Samo zaś świadectwo to jakby kropla w oceanie męki przeżytej przez Polaków w czasie II wojny światowej. Jest to jednak fragment typowy dla polskich dziejów minionego wieku. Typowy, gdyż zło nie jest twórcze i nosi na sobie zawsze okrutne znamię buntu wobec Boga i pogardy dla człowieka. Chce się ukazywać w majestacie prawa, a ukazuje się w szacie kłamstwa i okrucieństwa szerzącego cywilizację śmierci.

Czas Wielkiej Próby

Gdy miała nadejść II wojna światowa, zjawiły się jej złowieszcze sygnały: obozy noszące nazwę "koncentracyjnych", w rzeczywistości oddane bez reszty na służbę cywilizacji śmierci. Lagry i łagry nie przestały towarzyszyć wojnie i miały ten sam cel: zniszczyć człowieka, uznanego za wroga, a nawet zniszczyć całe narody, skazując je na zagładę. Wojna napada i niszczy w sposób nagły. Obozy służą cywilizacji śmierci w sposób zimny i systematyczny.

Najstarszy hitlerowski obóz śmierci nazywał się Dachau. Dachau położone jest w Bawarii, niedaleko Monachium, słynnego miasta sztuki, które stało się wtedy potężnym ośrodkiem "brunatnych koszul" hitlerowskiej gwardii. Obóz Dachau stał się główną katownią księży polskich, choć i tu, jak wszędzie, więziono także mnóstwo innych Polaków.

Czy Dachau jest u nas znane? Co roku zwiedza ten były obóz około miliona osób z ponad 120 krajów świata. Zwiedzający czytają czterojęzyczną tablicę, która mówi: "Tu, w Dachau, co trzeci zamęczony był Polakiem, co drugi z uwięzionych tu księży polskich złożył ofiarę z życia". Opowiada jeden świadek naoczny. Nie jest sam. Jest wsparty świadectwem wielu uczestników Czasu Wielkiej Próby. A skoro przeszli z cienia śmierci do życia, mają obowiązek dać świadectwo.

Czas Wielkiej Próby to czas zmagań człowieka z cywilizacją śmierci. Władcy obozów tę cywilizację uznali za swoją.

Więzień był człowiekiem, który, po przekroczeniu bramy obozowej, tracił wszystkie ludzkie prawa i stawał się niewolnikiem totalnym. Był skazany na wiele tortur. Ich epilogiem miała być śmierć. Jej egzekutorzy nosili nawet na swych mundurach symbole śmierci.

Kto wyznaczył im taką służbę? Kto dał człowiekowi prawo do zabijania drugiego człowieka? I kto ustalił prawo, by jakikolwiek skrawek naszej ziemi czynić obozem śmierci?

Śmierć zadawana tuż za bramą obozową. Na naszej pierwszej stacji, w Sachsenhausen pod Berlinem, gdy tylko brama się zamknęła - silne uderzenia kijem w głowę przy wysiadaniu z ciężarówek i "Laufschritt" - bieg, także ludzi steranych wiekiem, popędzanych odtąd ciągłym wrzaskiem: "Los! Los!"

A potem już stale hołd oddawany śmierci, okrutnej i zaprogramowanej, zadawanej wszędzie: na placu apelowym i w łaźni, przy pracy i w szpitalu obozowym, na Lagerstrasse i po wszystkich kątach obozowego baraku, zwanego "blokiem". Wszędzie! Więc obok nieustannych ofiar, jeszcze żywi - także zawsze o krok od śmierci.

Bo kto z władców obozowych, wszystkich szczebli, nie był katem? Wykonawcą najbardziej barbarzyńskich egzekucji?

Zdarzały się wyjątki, świadczące o tym, że człowiek zawsze może pozostać człowiekiem, nawet w gronie ludzi wyznaczonych na oprawców.

Jednak zwykle więźniowie w oczach obozowych władców nie byli ludźmi, lecz numerami. Numery nadają się i do liczenia, i do zabijania - bez żadnego powodu. Powodem był przecież sam obóz, a w nim - wszystko: także na przykład to, że ktoś miał charakterystyczną czaszkę: była potrzebna w obozowym muzeum antropologicznym. Ktoś inny był nosicielem ciekawego tatuażu: można było, po jego śmierci, uzyskać ciekawe ozdoby. "Ciekawe" - dla ludzi upodlonych do ostatecznych granic.

Bo cywilizacja śmierci jest zachłanna. Nie zna granic.

W Dachau nie wystarczyło ani przenikające przez więzienne drelichy bardzo dokuczliwe zimno, ani nie mniej dokuczliwy skwar upalnego lata, ani głód żywych ludzkich szkieletów, pędzonych do nieludzkiej pracy. To wszystko mało. Trzeba było stworzyć stacje potwornych doświadczeń pseudo-medycznych. I trzeba było wysyłać na śmierć masowo, do komory gazowej.

Prawa cywilizacji śmierci

Okrucieństwo

Nieodmiennie panowało w obozie - jako prawo cywilizacji śmierci - okrucieństwo niesłychane. Dla wszystkich więźniów, a przecież dla księży w sposób zupełnie własny - Czas Wielkiej Próby. Także dla kapelanów wojskowych, ściągniętych - wbrew umowom międzynarodowym - do Dachau.

"Co drugi złożył ofiarę z życia". Ten napis wyryty na spiżowej tablicy Dachau mówi o tym, że mściwa i okrutna cywilizacja śmierci była tu zwyciężana najwyższą ofiarą: ofiarą z życia. Śmierć zwyciężała pozornych zwycięzców: zabijając, zabili w sobie swoje własne człowieczeństwo. Jakich cywilizacja śmierci szukała innych jeszcze obok okrucieństwa - sprzymierzeńców? - Były nimi zwłaszcza: zdeptanie prawa do wolności i do prawdy.

Przeciw prawu do wolności

Wolność to dar Boga dla człowieka. Jest potrzebna jak oddech i słońce. Bez niej człowiek nie może być człowiekiem.

Ale numer obozowy oznaczał totalnego niewolnika. Poniewieranie drugim człowiekiem szło w parze z wymaganiem oznak największej czci dla siebie. Więc komenda "Achtung" obowiązywała także, gdy komisja wchodziła na stację doświadczalną, na której panowało straszne cierpienie. Przy przechodzeniu obok esesmana - zawsze czapka z głowy i postawa sprężona, jak na defiladzie. Bicie - najczęściej po twarzy - także z tej postawy nie zwalniało.

Niewolnictwo wieku XX! Niewolnictwo straszne. I znowuż pytanie: Kogo niewoliło? Kto był jego pierwszą ofiarą? - To władcy obozowi. Niewolnicy najniższych instynktów albo najpodlejszego strachu. "Robiłem mniej niż musiałem" powiedział na procesie w Monachium w roku 1975 człowiek, który prowadził z zimną dokładnością doświadczenia pseudo-medyczne na więźniach, tak jak się to robi z doświadczalnymi królikami. Prof. Schilling był bardzo zdziwiony, gdy mu ogłoszono wyrok śmierci: przecież doświadczenia z malarią przeprowadzał w Dachau... dla dobra nauki.

Przeciw prawu do prawdy

Kłamstwo panowało u progu obozów. Już na progu włocławskiego więzienia 7 XI 1939 r. usłyszeliśmy od komendanta: "Każdy z was jest ŤSchutzhäflingť. Niedługo jest wasze święto 11 listopada. Trzeba was było wziąć w opiekę (Schutz) przed gniewem polskiego ludu". Chyba nawet wierzył w to, co mówił.

Na bramie obozu napis: "Arbeit macht frei - Praca da ci wolność". Za bramą obozu słowa już bliższe prawdy: "Na wolność wyjdziesz przez komin krematorium..." Tortury obozowe nazwano "sportem".

Podłogi naszych baraków musiały lśnić. Błyszczały używane do posiłków naczynia. Łóżka były ścielone według najsurowszych przepisów dyscypliny obozowej. A jednocześnie toczyło nas robactwo i gnębił świerzb. Zwiedzający obóz także widzieli tylko zakłamany blichtr, wystarczające pożywienie i nieźle wyglądających więźniów.

Mieszkańcy Dachau chyba niewiele o nas wiedzieli albo zgoła nic.

Nikt spośród więźniów nie znał prawdy o tzw. "doświadczeniach" i nikt nie znał prawdy o tzw. "transportach inwalidzkich".

Dostępną lekturą był organ partii "Völkischer Besbachter" z przemówieniami Goebbelsa. Kłamstwo głośne i oficjalne bratało się z kłamstwem panującym w pilnie strzeżonych i pilnie ukrywanych obozach. "Zabójca i kłamca od początku" - powiedział Zbawiciel o sprawcy zła (por. J 8, 44).

Kapłani w obozie

Zarówno tzw. "transporty inwalidów", jak i stacje doświadczalne - bogato były obesłane przez księży polskich. Sama stacja profesora Schillinga, prowadząca doświadczenia z malarią, zgłosiła zapotrzebowanie na 292 księży. Cywilizacja śmierci jakby upodobała sobie wśród nich. Kto o nich opowie?

Przychodziła śmierć, by w ostatnim tchnieniu życia wydobyć heroiczne wyznanie: "Oddaję życie za moich parafian. Proszę im to powiedzieć". Tak umierał skromny proboszcz, Ks. Czesław Domachowski.

Przychodziła śmierć i nie budziła lęku, ani nie załamywała kapłańskiej i polskiej godności: "20 V 1942 odchodzi nowy transport inwalidów, w większości księży. Idą z bladymi twarzami. Wśród nich kroczy godnie - tak jak kroczył niegdyś ulicami Poznania - wysoki, wyprostowany, władczy - tak idzie i w tej chwili: wielki duch i wielki kapłan, niezapomniany ks. infułat Prądzyński"[3].

Przychodziła śmierć, by objawić wśród pozornej zwyczajności niezwykłe pokłady duszy. "Z Bogiem chłopaki - mówił Ks. Ludwiczak do otaczającej go gromadki młodych księży. - Ale pamiętajcie, że Polska musi być do Odry. Nie beczcie..., czas na mnie, starego. Boję się trochę, ale ufam, że Bóg da mi siły. Módlcie się o siłę dla mnie".

Przychodziła śmierć, by dokończyć całopalnej ofiary. Tak umierał Ks. Biskup Michał Kozal. Wiedział, że z obozu nie wyjdzie, złożywszy Bogu ofiarę ze swego życia przed wywiezieniem do obozu: "Za Kościół i za Polskę". Cywilizacja śmierci działała konsekwentnie i pospiesznie. Za długo było czekać na zgon ciężko chorego Biskupa, więc, jak O. Maksymilianowi w Oświęcimiu, dano zastrzyk.

"Co drugi z uwięzionych tu księży polskich..."

Wieczność opowie. Jak mógłby wiedzieć i opowiedzieć człowiek? Śmierć może bez cienia patosu, bez słów, opowiedzieć o całym życiu człowieka. O jego życiu doczesnym i wiecznym.

Cywilizację śmierci inspiruje nienawiść. Jest więc przeciwko człowiekowi, którego niszczy. Ale niszczy pozornie: "Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało..." (Mt 10, 28). Jest przeciwko Bogu, który "jest Miłością" (1J 4, 8) Jakże mogłaby zwyciężyć Wszechmocnego Boga.

Więc w obozie śmierci, Dachau - przymierze z życiem. Przymierze o wielorakim obliczu.

Przymierze z braćmi: gdy wybuchła epidemia tyfusu plamistego, usługują zakażonym polscy kapłani; 22 umiera, wśród nich Ks.

Stefan Wincenty Frelichowski. - "Nie ma większej miłości, jak gdy ktoś życie daje za przyjaciół swoich" (J 15, 13).

To tak jak w Oświęcimiu Ojciec Maksymilian: życie za nieznanego człowieka. Wystarczyło, że powiedział: "Jakże mi żal żony i dzieci!"|

Bywało może mniej heroicznie, a przecież bardzo pięknie. Przymierze z człowiekiem. Człowiek - człowiekowi.

I przymierze z Ojczyzną. - Władze obozowe spodziewały się poważnych sukcesów oferty ogłoszonej księżom polskim w dniu 5 V 1942: "Kto czuje przynależność do narodu niemieckiego, niech wystąpi. Będzie odpowiednio traktowany". Nie wystąpił nikt.

Szydzono z Boga i Kościoła. Mówiono o księżach "rzymskie psy". Kazano znieważać Krzyż i różaniec. Nic z tego. Przymierze z Bogiem było niezłomne i stanowiło rękojmię zwycięstwa nad cywilizacją śmierci. Ks. Edward Grzymała, pobity do krwi, za to, że do gromadki księży mówił o miłości Zbawiciela, powiedział, gdy próbowałem go pocieszyć: "To zaszczyt dla imienia Jezusowego zniewagę cierpieć" (por. Dz 5, 41).

Przesłanie dla nowego wieku

Gdy więc pytamy: Jakie są nasze perspektywy w nowym wieku, a nawet nowym tysiącleciu, rzetelna odpowiedź nie może ograniczać się do choćby najbardziej uzasadnionych obaw: powinna być natchniona głęboką nadzieją.

Żyjemy oto na naszej ojczystej Ziemi, nie mającej ceny. Jej dziejami oddychamy i dzielimy się nimi z Europą i światem. Jej kulturę, zbudowaną przez wieki, rozwijamy i niesiemy pokoleniom, które przychodzą i które przyjdą. Tak jak przyszedł już wiek XXI, a po nim wieki następne, znaczone - jak zawsze od czasów Mieszka I - Chrystusowym Krzyżem i wypełnione śpiewem pieśni "Bogurodzica".

Koniec tragicznego minionego wieku przyniósł nam niesłychany dar Boga i Kościoła: Rzeszę Męczenników, która wieńczy nasze dzieje w wieku XX. Nie trzeba się bronić przed głębokim wzruszeniem: To niezwykła chwała Polski!

Patrzymy więc w przyszłość okupioną największym bogactwem duchowych wartości: miłości Boga i tej Ojczyzny, którą On sam nam dał. Ci, którzy zostali wyniesieni do chwały ołtarzy, to jakby jakaś niezwykła reprezentacja całych Rzesz.

Tak wspominamy dziś listopadowe dni 1939 roku, kiedy to wyruszył podwójny męczeński pochód: 6 XI - krakowskich Profesorów, a dzień później, 7 XI - Profesorów i Kleryków włocławskiego Seminarium, a także wielu innych Kapłanów, z Ks. Biskupem Michałem Kozalem na czele.

Brzmi jeszcze wśród nas echo papieskich słów o naszych Męczennikach: Oni wszyscy dali świadectwo wierności Chrystusowi pomimo przerażających swym okrucieństwem cierpień.

Są dla nas przykładem, byśmy tak jak oni odważnie dawali świadectwo wierności Krzyżowi Chrystusa.

Dzisiaj chcemy oddać im cześć za to, że nie lękali się podjąć tej próby i za to, że nam pokazali drogę, którą trzeba iść w nowe tysiąclecie (Bydgoszcz, 7 VI 1999).

 

[1] Refleksje na ten temat - por. abp K. Majdański, Będziecie Moimi świadkami, Łomianki 1999, s. VII-XIX.
[2] Kard. K. Wojtyła, Kazanie wygłoszone na Monte Cassino, 27 V 1970.
[3] Fragment książki ks. Malaka, Klechy w Dachau.