In Englisch In Italiano Auf Deutsch
Dom Pielgrzyma im. Św. Józefa
Dołącz do nas na Facebook'u
Środa V tygodnia Wielkiego Postu
Dn 3,14-20.91-92.95; J 8,31-42
Środa, 29 Kwietnia 2009

ks. dr Zdzisław Lipiński

Homilia ks. kanonika dra Zdzisława Lipińskiego wygłoszona podczas Dnia Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego w czasie II wojny światowej 29 kwietnia 2009 w Bazylice św. Józefa w Kaliszu

Ekscelencje drodzy bracia i siostry!
Wczoraj we wiadomościach informowali nas o bardzo ciekawym odkryciu, w telewizji. Odkryto zamurowaną butelkę, w Krakowie, tam, gdzie więźniowie, jeńcy pracowali w jakichś pomieszczeniach zajmowanych przez SS-manów, którzy tam ucztując, wypróżniali dużo butelek. I niektóre z tych butelek, pustych już oczywiście, udało się więźniom pracującym tak gdzieś ulokować, umieścić, że potem, w czasie prac budowlanych jedną butelkę zamurowali. A w tej butelce umieszczono list, list do nieznanych odbiorców, wymieniając nic więcej, jak tylko imię i nazwisko, numer więzienny, datę urodzenia. I to było zamurowane z przeznaczeniem jakiegoś szczęśliwego, opatrznościowego momentu. Być może za dziesięć, za sto lat, za dwieście lat ktoś przy jakichś pracach budowlanych te nazwiska odkryje. Nie pamiętam dokładnie, jest ich może osiem, w każdym razie te nazwiska tam się znajdują i każdego, kto się o nich dowie niech zainteresuje to, co ci ludzie przeżywali. A to co oni przeżywali, tego już prawie że nie wiemy. Dwóch jeszcze ponoć żyje z tych ośmiu. Ale to, co oni przeżywali, to już nie jest się w stanie opowiedzieć, przypomnieć, bo już pamięć zawodzi. To były czasy wojenne, więc mało kto potrafi odtworzyć to wszystko, co się wtedy działo, co każdy z nich przeżywał.

Rok temu mówiłem tu o będącej w Bazylice piwnicy męczeństwa. Tam schodzi się po schodkach, i tam są fotografie, numery, setki tych numerów, ludzi, którzy już nie przeżyli, którzy potem poumierali i którzy do tej kaplicy męczeństwa należą. Co oni mogli przeżywać? Nie sposób opisać, wypowiedzieć. I dlatego też przy takiej dzisiejszej dziękczynnej okazji za tych kilkuset uwolnionych chciałbym chociażby dwa punkty wymienić. O tym, co mogli przeżywać ci wszyscy, którzy są tam sfotografowani niekiedy, którzy tam byli obecni. Pierwszy punkt, trudny, trudny do wysłuchania, drugi łatwiejszy.

Pierwszy miał miejsce w lochach aresztu gestapo w Bydgoszczy. Przy Wałach Jagiellońskich. W celi więziennej było nas kilkunastu, może piętnastu. Cela nie była wielka, maleńkie okienko, które nie było okienkiem, tylko lochem, dziurą, głębokie mury, przez które przelatywało powietrze poprzez kraty, przez siatki metalowe, także w żaden sposób nie można było poprzez nie się przedostać, skontaktować ze światem.

W pewnym momencie otwierają się drzwi i co jakiś czas wprowadzają nowych aresztowanych. Raz patrzę, znajoma mi twarz. Znajomy redaktor Dziennika Bydgoskiego, który widocznie został pochwycony, bo ten Dzienni Bydgoski był bardzo narodowy, i został umieszczony w naszej celi więziennej. Znałem go, bo odwiedzał mój dom rodzinny przedtem. Znałem go jako, że również odwiedzała go moja kuzynka. On kawaler, ona panna, okazywali jakieś wzajemne zainteresowanie, młodzi ludzie wiadomo, co to mogło być za zainteresowanie. A więc zmartwiłem się, że go zaaresztowali, i że ich wspólne plany nie będą mogły być zrealizowane. Dużo ze sobą nie rozmawialiśmy, bo w tej celi więziennej przy dwudziestu stopniach mrozu, to było w lutym 1943 roku, nikt nie miał ochoty do wielkiej rozmowy, do wielkiego opowiadania. Wszyscy byliśmy naszpikowani strachem, mrozem, zimnem, skuleni. I czekaliśmy co dzień, co znowu będzie, kogo wprowadzą, kogo wyprowadzą.

Aż pewnego dnia jeden z gestapowców otwiera drzwi, wymienia nazwisko tego dziennikarza, każe bramę zamknąć, drzwi, które nie były takimi drzwiami pokojowymi, jak w pokoju, takie drzwi, jak w chlewie, luźne, i było słychać w celi, co się dzieje na zewnątrz, w holu więziennym, gdzie usłyszeliśmy krzyki, najpierw tego dziennikarza, a potem wyzwiska najprzeróżniejsze, przezwiska, trudno wymienić to wszystko dzisiaj, lepiej nie, bo to były bardzo obraźliwe słowa, słowa jakimi właśnie nas, Polaków, obrzucano, a jeszcze przykrzejsze były jego krzyki, jego bóle, jego jęki. W pewnym momencie usłyszeliśmy, że każe mu SS-man wyczyścić hol, betonowy hol, otoczony siatkami, za siatkami cele, na piętrach, kolejne. A ten hol nie był brudny, ale SS-man twierdził, że on jest brudy, a więc do tego dziennikarza: „Wyczyścić!” Dziennikarz się rozgląda: „Ale nie ma czym...” - „Co!? Nie chcesz wykonać polecenia!?” - „Nie ma wody...” - „Tam jest wiadro, leć po wodę!” On szybko poleciał po wodę. „A teraz czyść ten hol!” - „Ale nie ma czym...” - „Jak to!? Znowu nie chcesz słuchać!? A gdzie woda we wiadrze!? To teraz szoruj!” - „Nie ma czym...” - „Znowu przeciwstawiasz się!?” I znowu porcja wyzwisk. Zaczyna go maltretować. Dziennikarz przewraca się. „No to już masz wodę przed sobą!” Nabiera... „To nie tak! Nie umiesz czyścić nawet!” Próbuje jeszcze nabrać ręką wody... „Nie umiesz! Ja Ci pokarze!” Podchodzi pod to wiadro, kopie je, woda się wylewa. „Czyść! Szoruj!” - „Nie ma czym szorować...” - „Aaaa, to znowu się wzbraniasz od wykonania rozkazu! Masz kałuże wody, mało tego? Siadaj w tą wodę!” - „Ale jak...?” - „Jeszcze nie wiesz!?” Kopniaki i przezwiska pomogły biedakowi siąść w tę kałużę wody. „I teraz powstań! Siadaj! Powstań! Siadaj! Powstań!” I takie ćwiczenia rozpoczęły się, że on całkowicie ochlapał się, zamoczył się a ten coraz prędzej wymieniał ten rozkaz. Gdy już był tak opryskany i tak zelżony, wpuścił go do celi z powrotem. Patrzymy... To nie człowiek, to już szmata ludzka, zmoczona, ochlapana, rzeczywiście zabrudzona, zbłocona. I ten człowiek teraz w tej celi nie wie, co z sobą zrobić, bo woda cieknie z niego, z całego ubrania, z bielizny. Gdzie się podziać...? W celi były tylko ławy, takie do spania. Ławy, które na noc można było zająć i się przykryć płaszczem czy czymkolwiek innym i w ten sposób można było spędzać noc. Ale ten dziennikarz był tak zmoczony, że nie szło nic z nim zrobić. Gdzie tylko przycupił, woda z niego leciała, zostawiał za sobą mokre plamy, a ponieważ było minus dwadzieścia stopni na zewnątrz, te bajora po nim zamieniały się szybko w tafle lodową. I nie można go było gdzie indziej go posunąć, bo jak go przesunięto, to w tych miejscach zostawało bajoro, zostawała tafla lodu i w ten sposób już nie tylko on sam, ale wszyscy, którzy byliśmy w celi, do rana męczyliśmy się, bo każdy chciał mu pomóc, ale jaki gest kto zrobił, tylko poszerzył taflę lodową i poszerzył wspólne utrapienia. Wspólne zamrożenia. Co jakiś czas gestapowiec prze okienko, przez judasza, patrzył, zaglądał, chichotał się, śmiał się, cieszył się. Rok temu mówiłem, większość to byli sadyści, cieszyli się z bólu, jaki mogli zadawać więźniom.

Nadeszło rano, wyprowadzili go i już więcej go nie widziałem. Można się domyślać, co z nim zrobiono w głębokich piwnicach... To jedno z przeżyć, którego nikt nie chciał doznać, bo trudno słowami opisać to, co wszyscy w celi przeżywali.

Było jeszcze inne zdarzenie, przeżywane w obozie koncentracyjnym, w którym był obóz w obozie. A mianowicie, był to taki obóz, gdzie były druty kolczaste, a jeszcze były drugimi, i trzecimi otroczone tak, że nikt nie był w stanie wydostać się. Baraki, w których byliśmy, były zestawione jedne obok drugich, tak zestawione, że przylegały do siebie. Najwyżej można było otworzyć okno, żeby dojść włosem do następnego baraku, tak scalone, barak na baraku. I w pewnym momencie słyszę moje nazwisko. Nie chciałem uwierzyć, bo przecież byliśmy tylko numerami. Nikt się wzajemnie po nazwisku nie znał, nie mógł się znać, tam byli ludzie z różnych storn Polski. Nagle słyszę: „Lipiński! To od księdza Jaroszki dla Ciebie!” Nastawiam uszy, chyba się mylę, tu mnie nikt nie zna. Ale słyszę znowu: „Lipiński! To dla Ciebie od księdza Jaroszki!” I dopiero zorientowałem się, że to fakt, że to jest od księdza. Zostało to uszanowane. Chociaż, to co mi od niego przekazywali więźniowie, przepraszam za banalność, to był jeden zwykły pomidor. Ktoś widocznie dostarczył księdzu Jaroszce pomidora. A trzeba wiedzieć, że w takim obozie głód był szalony. Głodowaliśmy wszyscy do obłędu, do tego stopnia, że zdarzały się wypadki ludożerstwa. Człowiek żywy zdobywał gdzieś kawałek noża i z tych, co już wieźli na stracenie, wykrawał żywe jeszcze ciała. Coś nie do wiary! A po to to mowie, żeby uzmysłowić, że ten jeden pomidor, przekazywany z baraku na barak, aż dotarł do mnie, mógł być z głodu pożarty, zjedzony. A jednak sprawił to ten fakt, że do każdego baraku dołączali słowa: „Od księdza Jaroszki...” - kapłan z Pabianic, młody kapłan. Widocznie dostał tego pomidora od jakiejś dobrej osoby, która z narażeniem życia przemycała go, dla niego, żeby żył, żeby przeżył, a on potrafił zrezygnować... A poznaliśmy się w transporcie, wcześniej w ogóle się nie znaliśmy. To był heroizm. On był przecież równie głodny jak ja, jak każdy inny. I heroizm dlatego, że ci, którzy przekazywali, nawet nie ugryźli. Nie. Pomidor przyszedł do mnie w całości, bo to wysłał ksiądz, ksiądz z Pabianic, żeby dotarł do jeszcze nie-księdza, a studenta teologii, Lipińskiego. Taka siła była, że przezwyciężyła ten głód, głód, od którego obłędu można było dostać, a jednak uszanowali życzenie kapłana, księdza Jaroszki. Uszanowali jego wolę i rzeczywiście nie miałem wyjścia, musiałem ten pomidor spożyć.

Ten ksiądz dokonał czynu heroicznego. Potem tłumaczył: „Ty jesteś jeszcze młody, potrzebujesz więcej siły, niż ja.” On też był młody, ale i po uwolnieniu był bardzo dzielny. Zajął się Polakami w obozach koncentracyjnych, ale nie tylko, także w obozach pracy, gdzie też ginęli, byli maltretowani. I przyszedł czas, że ci ludzie uzyskali dzięki rodakom szansę na wyjazd do Australii. „To jak my pojedziemy? Czy ksiądz z nami pojedzie?” - „Oczywiście, że pojadę”. I pojechał.

I teraz coś dla kapłana niezwykłego. Na Oceanie Indyjskim, gdy byli wszyscy już na okręcie, do tego księdza przychodzi telegram z Australii, od księdza biskupa: „Przyjmuję was wszystkich, ale żadnego polskiego księdza. Żeby ten ksiądz nie wysiadał na ląd, bo z chwilą, gdy jego noga postanie w Australii, ja go suspenduję!” Wszystkiego mógł kapłan oczekiwać, ale nie takiego potraktowania; on jechał, by nie opuścić rodaków. Co zrobił? Wysiadł, naraził na tę suspensę, a ludzie stali murem za nim, stali za nim, a on ich nie opuścił. Mało tego, zaczął dla nich odprawiać msze święte. Hostię wyjął, ludzie pozbiegali trochę obrusów, żeby przykryć zwykły stół. Powoli zaczęli uzupełniać, żeby deszcze nie padał, postawili zadaszanie, żeby wiatr nie siekł z boku, również zabezpieczyli. I tak powoli zaczęła powstawać ze zwykłego stołu mała szopka, zwykła, a ta szopka zaczęła się z boków i z góry wypełniać deskami, stał się jakiś szałas, i już nie będę kontynuował, w jaki sposób doszło do budowy kościoła. Aż dowiedział się o tym biskup australijski i nie chciał wierzyć, że ktoś mógł ryzykować suspensę, po to tylko, by nie opuścić swoich ludzi. Zdumiony biskup zapoznał się z nim, przyjechał zobaczyć tę kapliczkę, oczywiście zdjął wszystkie suspensy i zakazy, przyjął go do godności i pomógł w budowie kościoła, który tam stoi po dzień dzisiejszy. Ten ksiądz wrócił potem do Polski, wybudował jeszcze w Pabianicach dom dla księży seniorów, a kościół, dla rodaków, jak wybudował, tak stoi. Żywy kościół. Z żywych serc ludzkich. Dzięki niemu przybył nie jeden, bo on potem dalsze budował kościoły w Australii. Nocowałem w domu w Pabianicach i mogłem Bogu dziękować już nie tylko za uwolnienie z Dachau, ale i za wszystkie inne dosłownie cuda, które się w życiu nie jednego dokonały.

Tak wyglądają dwa punkty z tych nazwisk, z tych numerków, które nie są opisane, które nie są wynotowane nigdzie, które przypominam, żeby powiedzieć, jacy bohaterowie pod tymi ośmioma nazwiskami w tej butelce odgrzebanej, o której wczoraj mówiła telewizja, żyli, co przeżyli, i czego nikt się nie dowie. Chyba, że Bractwo Świętego Józefa będzie spełniało swoje powołanie, dając świadectwo, że są w naszym narodzie ludzie zdolni do poświęceń, że są w naszym narodzie ludzie zdolni do heroizmu, żeby się poświęć dla innych. Wy to czynicie, drodzy Bracia, wy to czynicie wszyscy tu obecni, bo nie wątpię, że będą was pytali: „A co tam było w kościele?” Powiedzcie to, co wam przekazałem, to zwykłe świadectwo, które tak brzmi zwykle, a które jest świadectwem niezwykłej postawy i heroizmu, i tego dziennikarza, który zamęczony był tylko dlatego, że był polskim dziennikarzem, i tego kapłana z Pabianic, który potrafił wyrazić swoją godność kapłańską, narazić się na suspensę, to jest coś strasznego dla kapłana. Jednak był świadom, że te serca, które w waszych piersiach biją. są tego godne. Dziękuję Bogu!