In Englisch In Italiano Auf Deutsch
Dom Pielgrzyma im. Św. Józefa
Dołącz do nas na Facebook'u
Powrót do strony głównej
Więźniowie Dachau
Uratowani przez św. Józefa
Pielgrzymowanie księży, byłych więźniów Dachau, do św. Józefa Kaliskiego
Wejdź do kaplicy męczeństwa i wdzięczności
Akt oddania się w opiekę św. Józefowi
Błogosławieni męczennicy
Wspomnienia z Dachau
Dowiedz się więcej
Aktualności
O Sanktuarium
Historia Sanktuarium
Kult św. Józefa
Relikwie
Zabytki
Skarbiec
Tablice pamiątkowe
Świadectwa
Modlitwy
Biblioteka św. Józefa
Więźniowie Dachau
Jan Paweł II w Kaliszu
Homilie Biskupa Kaliskiego
Rozmowy z Kustoszem
Stały konfesjonał
Pielgrzymki
Dom Pielgrzyma
Dane teleadresowe
Grupy Duszpasterskie
Intencje mszalne
Ogłoszenia duszpasterskie
Porządek nabożeństw
Posługa sakramentalna
Usługi pogrzebowe
Kapłani o pracownicy
Kapituła
Pielgrzymki i wyjazdy z parafii
Galeria
Rodzina Św. Józefa
Pierwsze Czwartki u Św. Józefa
Bł. Edmund Bojanowski
Otoczmy troską życie
 
http://www.swietyjozef.kalisz.pl/main/dachau.gif

Anna Jagodzińska, st. kustosz BUiAD

29.03.2013 r

Ksiądz Kanonik Leon Stępniak nie żyje. Zmarł w Kościanie 6 kwietnia 2013 r. Był ostatnim polskim duchownym, ocalonym 29 kwietnia 1945 r.  z niemieckiego obozu koncentracyjnego w Dachau-Gusen. W Wielki Piątek obchodził swoje „Setne Urodziny”.

 

W Dachau myślałem, jeśli Bóg zechce mnie ocalić, ocaleję - jeśli nie, taki dopust Boży. Wiara w Opatrzność Bożą dawała mi nadzieję przetrwania piekła jakim był obóz koncentracyjny. Każdego dnia modliłem się o szczęśliwe przeżycie, jutro oddawałem Bogu. Dlaczego ja ocalałem? To jest moja zagadka życia."

/29.03.2013 r. ks. Leon Stępniak/

 

Ksiądz kanonik Leon Stępniak 29 marca 2013 r. w Wielki Piątek, dzień Męki Pańskiej skończył 100 lat życia, w tym 74 lata kapłaństwa. Już na początku swego powołania poddany został wielkiej próbie, jaką było wieloletnie więzienie w niemieckich obozach  koncentracyjnych w Dachau i Gusen. To tam zetknął się z niezrozumiałym dla człowieka okrucieństwem i łamaniem godności ludzkiej. Wiara w Boga i w Jego miłość prowadziła Go przez wszystkie lata niewoli do szczęśliwego wyzwolenia a następnie do posługi kapłańskiej w Swarzędzu, Gieczu, Grodziszczku, Wonieściu i Kościanie.

 

Jakże pięknie napisał o ks. Leonie Stępniaku w liście z 26 czerwca 2004 r. J.E. Ks. Arcybiskup Przykucki:

-jest to kapłan według serca Bożego

-oddany całkowicie Chrystusowi

-i umiał odczytać, iż Chrystus jest obecny w biedzie  i wśród potrzebujących, -gdzie trzeba Go także uczcić

 

Te słowa dobrze odnoszą się do Jego pracy duszpasterskiej. Został kapłanem, by służyć Bogu, a w centrum Jego działalności było zawsze dobro człowieka. Nigdy swoich głęboko przemyślanych poglądów nie narzucał innym, nie pouczał z poczuciem wyższości, do której miał moralne prawo, ale starał się wniknąć w całą złożoność ludzkiej natury, czasami grzesznej, czasami zagubionej. Urzekał wielu ludzi dobrem i fantastyczną pamięcią, duchowością i pokorą. Wiele z tych cech zawdzięczał domu rodzinnemu i atmosferze w niej panującej.

 

Dom rodzinny

Ksiądz kanonik  Leon Stępniak, syn Jana i Pelagii z Grześkowiaków, urodził się 29.03.1913 r. w Czarnotkach koło Środy Wielkopolskiej jako najstarszy z dziesięciorga rodzeństwa (siostry: Emilia, Maria, Zofia, Irena, Weronika, oraz  bracia: Franciszek, Antonii, Jan i Bronisław). Ojciec Leona - Jan Stępniak, ur. 24 maja 1886 r. w Jeziorach Małych k. Zaniemyśla, pochodził z zamożnej wielkopolskiej rodziny, głęboko wierzącej, o ogromnych tradycjach patriotycznych. Matka - Pelagia ur. 13 listopada 1884 r., poprzez matkę Stanisławę z Radziejewskich herbu „Półkozic” była spokrewniona z Marią Radziejewską, czwartą miłością Henryka Sienkiewicza. Marie Radziejewską, wówczas 24 letnia dziennikarkę „Katolika” Henryk Sienkiewicz poznał w 1899 r. na uroczystości odsłonięcia w Miłosławiu pomnika Juliusza Słowackiego.

Jan Stępniak i jego czterej bracia uczestniczyli w I wojnie światowej. Brat Jana Antoni, ułan 17 pułku w Lesznie, brał udział w marszu na Kijów oraz  w bitwie o Warszawę 1920 r., nazwanej „cudem nad Wisłą”. Z wdzięczności za szczęśliwy powrót z frontów I wojny światowej, pięciu braci Stępniaków ufundowało Panu Bogu figurę Matki Boskiej Niepokalanej z napisem: „ Za szczęśliwy powrót z wojny - bracia Stępniakowie.” W czasie II wojny Niemcy zniszczyli figurę, ale dzieci Jana Stępniaka ufundowały i postawiły nową w tym samym miejscu, na rozstaju dróg z Czarnotek do Zaniemyśla. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Jan Stępniak przez wiele lat był Prezesem Koła Związku Ziem Zachodnich terenu średzkiego. Od 1929 r. przez kilka lat był Prezesem Rady Nadzorczej założonego w 1888 r. Banku Ludowego w Zaniemyślu(Spółdzielnia Kredytowa z Odpowiedzialnością Nieograniczoną). Wielki spółdzielca, ksiądz Piotr Wawrzyniak w 1985 r. w protokole rewizyjnym z dnia 10 stycznia 1895 r. ocenił rozwój Banku słowami: „Interesa Spółki są na wskroś zdrowe. Rozwój coraz piękniejszy, tak że Spółka Zaniemyska na wzór innym stawiana być może.”. Ruch spółdzielczy w czasie zaboru pruskiego ratował Polaków przed gwałtownym wynarodowieniem przez Niemców. W latach trzydziestych był członkiem zarządu Związku Wałowego powstałego na terenie Starostwa Średzkiego. Zadaniem Związku było obwałowanie prawego brzegu Warty, która po roztopach zimowych zalewała około 12 000 hektarów obszarów rolnych. Za sprawozdania roczne do GUS-u w Warszawie w latach 30 otrzymał Złoty Krzyż Zasługi. W 1926 r. kupił  majątek Bronisław. Były to dobra po generale Janie Henryku Dąbrowskim, twórcy legionów z 1797 r., które w 1806 r. wraz z majątkiem w Winnogórze nadał generałowi cesarz Napoleon. Jan Stępniak kupił część tego majątku - dom z ogrodem i zabudowaniami gospodarczymi, oraz 500 mórg ziemi z lasem i pastwiskami (około 150 ha). Na Bronisławiu urodził się  najmłodszy syn Bronisław, który imię otrzymał na pamiątkę syna Generała Henryka Dąbrowskiego.

Leon wychował się w rodzinie patriotycznej, bardzo pobożnej i wymagającej, zwracającej uwagę na wychowanie i wykształcenie swoich dzieci w duchu katolickim. W domu nauczył się kochać, przypatrując się relacjom między matką a ojcem oraz rodzicami i rodzeństwem. Wychowywaniem dzieci zajmowali się oboje rodzice, lecz prowadzeniem gospodarstwa domowego głównie Matka. Jej najstarszy syn z sentymentem mówi dziś o ogromnej cierpliwości, jaką miała w stosunku do swoich dzieci. Każdego dnia z całą rodziną klękała do wieczornego pacierza i modliła się w rozmaitych intencjach:. „Nasz Ojciec Jan, gdy czas mu na to  pozwolił, brał w pierwszy piątek miesiąca dokard i z naszą Mamą jechał do Kościoła parafialnego, odległego 7 kilometrów od domu w Bronisławie”.

Ponieważ majątek ziemski wymagał fachowego zarządzania, Jan Stępniak posłał Leona do Szkoły Rolniczej. Dzięki sugestii i wsparciu nauczycieli, którzy widzieli w nim zdolnego ucznia, w 1926 r. zdał egzaminy do Państwowego Gimnazjum Koedukacyjnego w Środzie Wielkopolskiej, gdzie był jednym z jego najlepszych uczniów. W 1933 r. zdał maturę z wyróżnieniem i na pożegnaniu maturzystów w auli szkoły wygłosił pożegnalne przemówienie Tego samego dnia Ksiądz Arnold Marcinkowski, prefekt, który uczył Leona w gimnazjum, uroczystymi słowami oznajmił Janowi  Stępniakowi, że z radością przyjmuje jego syna „do grona kapłanów”. W drodze powrotnej do domu ojciec powiedział: „To ja miałem być księdzem, tym bardziej cieszę się, że ty nim będziesz”. Leon od dawna wiedział, co jest jego powołaniem: „Choć nikomu nie zdradzałem swoich planów, niektórzy się domyślali. Dyrektor szkoły przez wiele miesięcy próbował mnie odwieść od seminarium duchownego. Żeby go uspokoić powiedziałem, że zostanę lekarzem ciała. Zostałem  lekarzem, tyle, że nie ciała, a duszy.”

Do Seminarium Duchownego w 1933 r. w Gnieźnie przyjmował młodego Leona rektor, późniejszy biskup Michał Kozal, zamordowany w KL Dachau. Leon przez pewien czas mieszkał w jednej izbie z Biskupem w bloku 28, był świadkiem męczeńskiej śmierci bp Michała Kozala. „Byłem chory na tyfus, 40 stopni gorączki, obok w rewirze obozowym nazywanym szpitalem umierał mój rektor a ja nie mogłem nic zrobić gdy pielęgniarz uśmiercał zastrzykiem Biskupa. Pozostawała modlitwa, tego nie mogli nam w obozie odebrać. Już wtedy wiedzieliśmy w nim świętego”

Po odbyciu dwuletnich studiów filozoficznych w Gnieźnie przeniósł się do Seminarium Duchownego w Poznaniu, gdzie ukończył czteroletnie studia teologiczne 

 

Posługa wikariusza

Kto kocha Maryję, nie zginie na wieki /św. Bernard, z obrazka prymicyjnego ks. L. Stępniaka, 3.06.1939 r./

Święcenia kapłańskie ks. Leon Stępniak przyjął 3 czerwca 1939 r. w Katedrze Poznańskiej z rąk ówczesnego Prymasa Polski, Ks. Kardynała Augusta Hlonda. Na swoim obrazku prymicyjnym umieścił powyższe przytoczone wyżej słowa św. Bernarda. Wspomina, iż zapytany, krótko przed święceniami, przez Prymasa „Czy jako kapłan, jest gotów wiernie trwać na posterunku i gotów oddać swoje życie w obronie Wiary i Ojczyzny?”, odpowiedział bez wahania „ tak” i dodaje: „wtedy jednak nie zdawałem sobie sprawy, że gotowość jest tak bliska. Trzy miesiące przed wojną otrzymałem święcenia kapłańskie, marzyłem, że jako kapłan i duszpasterz pójdę służyć Bogu i duszom nieśmiertelnym.” Niezależne pismo katolickie, społeczne i polityczne „Kurier Średzki” nr 64/1939 r. w wydaniu z 8 czerwca 1939 r. umieścił krótką notatkę z uroczystości prymicyjnych: „W ubiegłą niedzielę w Solcu nad Wartą złożył pierwszą ofiarę Mszy św. ksiądz Leon Stępniak, zamieszkały dawniej w Bronisławiu, wychowanek miejscowego gimnazjum. O godz. 9.30 wyprowadzono w uroczystej procesji prymicjanta z probostwa do pobliskiego kościoła parafialnego, gdzie uroczysta Mszę św. celebrowana odprawił ksiądz Leon Stępniak. Asystowali mu przy Mszy. Św. ks. Kazimierz Zachman z Goliny oraz ks. Radziejewski z Krotoszyna, kuzyn prymicjanta. Podczas Mszy św. podniosłe kazanie o potędze modlitwy wygłosił ks. prof. Arnold Marcinkowski z Poznana, były prefekt i wychowawca ks. Stępniaka z czasów gimnazjalnych w Środzie. Po Mszy św. odśpiewano uroczyste „ Te deum laudamus”, po czym ks. Stępniak udzielił swojego błogosławieństwa wiernym, których zebrało się wielkie rzesze. W uroczystej procesji z pieśnią <Serdeczna Matko> odprowadzono księdza Stępniaka na probostwo. Ze stopni proboszczówki wygłosił ostatnie słowa podziękowania i pożegnania. Na prymicjach w Solcu obecni byli; ks. prof. Arnold Marcinkowski, ks. prof. Zieliński z Łubowa, ks. Pierzkowski z Dąbrówki Kościelnej, najbliższa rodzina oraz grono kolegów najbliższych z lawy gimnazjalnej(…).”

Swoją pierwszą pracę duszpasterską rozpoczął w parafii Kębłowo, dekanat zbąszyński w powiecie Wolsztyn, gdzie  proboszczem był ksiądz Franciszek Hawraczyński. W Kębłowie ks. Leon  przebywał do 27 stycznia 1940 r., do czasu aresztowania przez Gestapo.

W liście z 5 lipca 1939 r. z Kębłowa ks. Leon Stępniak tak pisał do swoich Rodziców: „Bardzo szczęśliwie przybyłem na moją pierwszą placówkę pracy duszpasterskiej. Przy kawie od Proboszcza zaraz otrzymałem instrukcje w sprawie mojej pracy. Wioska liczy 1500 mieszkańców, ma drogi brukowane, a nawet własny rynek. Znajduje się trzy kilometry od granicy. Z mojego okna widzę brzeg lasu, który jest granicą polsko-niemiecką. Mimo ogólnego niepokoju ludność tutaj jest bardzo spokojna i nie obawia się wojny, bo wie, że główne natarcie w razie wojny byłoby na Śląsk i Pomorze”.

1 września 1939 r. do Kębłowa wkroczyło wojsko niemieckich. Wkrótce na Probostwie ks. Leon zostaje sam. Proboszcza, byłego uczestnika Powstania Wielkopolskiego, aresztowało Gestapo. Najpierw zbitego i zmaltretowanego wywieziono go do Fortu VII w Poznaniu. Ks. Leon ze smutkiem wspomina: „Spotkaliśmy się w Dachau. Wywieziony do kamieniołomów w Gusen zmarł w 1940 r. z wycieńczenia głodem i ciężką pracą. Znęcano się nad nim ze szczególnym okrucieństwem.” Po aresztowaniu ks. Franciszka  Hawraczyńskiego 28 września 1939 r. został mianowany przez dziekana zbąszyńskiego wikariuszem substytutem na parafii Kębłowo „ (…) na czas do powrotu proboszcza.”

Pewnego dnia  pojawiło się dwóch niemieckich żołnierzy z rozkazem aresztowania. Ksiądz Leon wspomina: „Długo nie trwało i przyszli po mnie. (…) Kiedy mnie wyprowadzili, na podwórzu zebrały się grupy parafian, uniemożliwiając wyjście. Żołnierze niemieccy ustąpili, ale zażądali od ludzi, by zgłosiło się pięcioro, którzy swoim życiem, zaręczą, że ksiądz nie ucieknie. Zgłosiło się dużo więcej niż pięcioro. Niemcy puścili mnie wolno”.

Z dniem 9 grudnia 1939 r. gestapo nakazało odprawiać nabożeństwa tylko dla niemieckich katolików. Mimo wyraźnego zakazu, przez trzy dni Świąt Bożego Narodzenia otwierał Kościół i odprawiał nabożeństwa dla swoich parafian. Wierni tłumnie gromadzili się w Kościele, szlochali śpiewając „Podnieś rękę Boże Dziecię”. Zdawał sobie sprawę, że był obserwowany, wiedział o aresztowaniach księży, o wykonywanych na nich wyrokach śmierci i nie miał złudzeń, że któregoś dnia Gestapo przyjdzie także po niego. Tym bardziej, że 15 sierpnia 1939 r. w trakcie uroczystości przekazania przez miejscową ludność polskiej straży granicznej karabinu maszynowego w uroczystym kazaniu do wiernych, powiedział: „Gdyby ta buta teutońska miała przebrać miarę, to chyba na to, abyśmy powtórzyli cud nie nad Wisłą, ale nad Odrą i Łabą”.

27 stycznia 1940 r. został aresztowany przez Gestapo. Niemcy podejrzewali Go o współpracę z polskim podziemiem. Wraz z innymi aresztowanymi księżmi przywieziono go  do Klasztoru Benedyktynów w Lubiniu. Zgromadzono tam około 60 księży z różnych parafii i powiatów. Ksiądz Leon Stępniak był najmłodszym spośród uwięzionych w Lubiniu księży. W klasztorze księża cieszyli się względną swobodą, czas wypełniali modlitwą, codziennie odprawiano msze święte przy ołtarzach postawionych wzdłuż korytarzy klasztoru. Okoliczna ludność zaopatrywała klasztor i uwięzionych w nim księży w żywność i potrzebne produkty. Około 20 maja 1940 r. większość księży (starszych pozostawiono) Gestapo przewiozło do Fortu VII w Poznaniu, a stamtąd do Dachau.

 

„Czemu ja nie zginąłem? To jest dla mnie zagadka życia”.

Po dojściu Adolfa Hitlera do władzy w 1933 r. w Niemczech zaczęły powstawać obozy niewolniczej eksploatacji i eksterminacji osób uznanych przez nazistów za wrogów państwa i narodu. Dachau, był pierwszym obozem koncentracyjnym założonym na terenie Niemiec 22 marca 1933 r. w pobliżu miasteczka Dachau, piętnaście kilometrów na północny zachód od Monachium. Podstawą jego istnienia – jak i późniejszych obozów koncentracyjnych – było rozporządzenie  „o ochronie narodu i państwa”. Powstał na specjalnie wybranym w tym celu terenie o niezdrowym, wilgotnym klimacie. Profesor Eugeniusz Romer w swej ekspertyzie geograficznej z dnia  11.12.1945 r. złożonej w poczet dowodów w procesie Rudolfa Hὂssa pisał: „Miejsca typu Dachau […] życie od lat tysiąca  omijało, a contrario czyhała tam śmierć”. Obóz w Dachau Niemcy traktowali jako wzorcowy. Stał się także centralnym ośrodkiem eksterminacji duchowieństwa z krajów okupowanej Europy, a przede wszystkim duchowieństwa polskiego. W Dachau uwięziono 2720 księży, wśród nich  najwięcej Polaków - 1773 z czego zmarło 868.

Od samego początku KL Dachu i kolejne obozy koncentracyjne podlegały SS(paramilitarna formacja nazistowska podległa NSDAP) - na czele którego stał –powołany przez Adolfa Hitlera w 1930 r. - Heinrich Himmler. Celem władz obozowych było unicestwienie więźniów poprzez ciężką pracę, głód, brutalne metody postępowania i wykorzystanie do badań pseudomedycznych

Teren obozu podzielono na część administracyjno-mieszkalną dla SS oraz część dla więźniów otoczoną drutami i wieżyczkami. Po lewej stronie od bramy znajdowały się budynki gospodarcze i administracyjne, po prawej - baraki mieszkalne przeznaczone dla więźniów, ogród, króliczarnia; pomiędzy nimi plac apelowy.Za budynkami gospodarczymi znajdował się na niedużym placu budynek, służący za areszt, tzw. bunkier, miejsce krwawych przesłuchań i stosowania dotkliwych kar. Do tego budynku prowadziła droga, która znana była z tego, że ustawiano tam więźniów przez wiele godzin na słocie, mrozie lub spiekocie. Na placu przy bunkrze w pierwszym okresie istnienia obozu umieszczone były tzw. słupki na których wykonywano jedną z najdotkliwszych kar i na którym odbywały się egzekucje poprzez powieszenie lub rozstrzelanie. Na placu apelowym przeprowadzano selekcję nagich więźniów do transportów inwalidzkich, oraz ranne i wieczorne, czasami wielogodzinne, apele. Wykonywano również karę chłosty. Z tego placu wyruszały do pracy i tu powracały kolumny więźniów.Na terenie obozu było „Totenkammer” -trupiarnia obozowa. Poza terenem obozu głównego było krematorium..

Po przekroczeniu bramy obozowej z napisem „Arbeit macht frei” powiedziano im: „Jesteście w Dachau. Stąd się nie wychodzi. Jedynym wyjściem jest komin krematorium. Żydzi mają prawo żyć jeden miesiąc, polskie klechy dwa, pozostali trzy miesiące.”

 

Więzień Dachau

.Pociąg którym jechali uwięzieni księża, stanął na małej stacji kolejowej z napisem  Dachau rankiem 24 maja 1940 r. Wszystkim kazano ustawić się piątkami, po czym asfaltową drogą biegnącą wzdłuż osiedla esesmańskiego, z bagażami w ręku, pędzono ich jak zbrodniarzy do odległego o kilka kilometrów obozu. Psy nie były przyjazne, także wycelowane lufy karabinów zmuszały do szybkiego marszu. Księża byli w sutannach i habitach, świeccy z Fortu VII po cywilnemu. Przechodzili przez ulice bawarskiego miasta, schludnego, pełnego kościołów, obojętnie witani przez miejscową ludność. Przed szkołą gromadka dzieci, podszczuta przez nauczycieli, krzyczała <Verbrecher - Aufstander>„ „Polnische Banditen” i naśmiewała się. Niektóre dzieci rzucały w nich kamieniami.: Na plac obozowy dotarliśmy przez bramę obozową z napisem „Arbeit macht frei - Praca daje wolność. Dzień majowy, słońce szalenie świeciło i grzało, a my musieliśmy stać godzinami na placu z odkrytą głową. Gnębiło nas pragnienie i głód. Po sprawdzeniu imiennym obecności  skierowano nas do dużej izby i tam spisywano ponownie personalia. Od tej chwili dla władz obozowych byłem Häftling (więzień) nr 11424. W drugiej izbie musieliśmy się rozebrać do naga i oddać ubranie, rzeczy osobiste oraz przedmioty kultu religijnego: medaliki, różańce, brewiarze, książeczki do nabożeństwa. Bardzo przeżyłem ten moment. Pozostawiono tylko szelki i chusteczki do nosa. Jeden z izbowych wziął te różańce, medaliki i wrzucił do kubła ze śmieciami. Po paru dniach zachorował i zmarł. Blokowi przestraszyli się, przy następnej rewizji oddali różańce zaufanemu księdzu, ale tu znowu rewizja..., kto coś jeszcze miał utykał w ziemi, trawniku. Wiele dewocjonaliów udało nam się jednak zatrzymać. Kilka lat później, gdy pracowałem w ogrodach na plantacji,  pewien SS-man prowadził mnie do lasu po świerkowe gałązki. Kiedy dowiedział się, że jestem księdzem, wyjął z kieszeni różaniec, wręczył mi  mówiąc, że ma go od matki. Wtedy uklęknąłem, pocałowałem różaniec i chciałem oddać żołnierzowi. Ten kazał mi go jednak zatrzymać. Powiedział, że wkrótce jedzie na urlop i od matki dostanie nowy. Na spodniach w takim miejscu, gdzie najmniej rewidowano przyszyłem łatkę z tego materiału, co ubranie więzienne i w taką kieszonkę wkładałem różaniec. Porozrywał się, pozostał krzyżyk i kilka paciorków, które przechowuję do dzisiaj. Później nastąpiło golenie głów, kaleczono nas przy tym dotkliwie. Po kąpieli otrzymaliśmy więzienne, pasiaste łachmany, często za krótkie i za ciasne, do przyszycia czerwony trójkąt dla więźniów politycznych, do których zaliczano Polaków z wypisaną literą P oraz numer obozowy. Na nogi dano płócienne pantofle na drewnianej podeszwie. Rozpoczęła się sześciotygodniowa kwarantanna. Znalazłem się w grupie księży skierowanych do bloku nr 5, czyli „Zugansblocku”. Tutaj blokowy i izbowy poinformował nas o obowiązującym regulaminie życia obozowego i zwyczajach panujących w obozie. Ważną sprawą była orientacja w szarżach esesmanów, którym trzeba było składać meldunki prawidłowo określając stopnie, gdyż za każde fałszywe określenie bito okrutnie lub zmuszano do wykonywania uciążliwych ćwiczeń. Po przydzieleniu łóżek, szafek i miejsc na pantofle rozpoczęła się lekcja słania łóżek „do kantu”. To jedna z szykan”.

Po sześciotygodniowej kwarantannie, 2 sierpnia 1940 r., ks. Leon Stępniak z grupą 150 księży, został wywieziony do kamieniołomów w Gusen, jednego z podobozów Mathausen. Obóz ten nazywano „ostatecznym rozwiązaniem”, a jedyne wyjście prowadziło przez komin krematorium. Do głównych zajęć więźniów należała praca w kamieniołomach, mordercza i wyniszczająca, często 12 godzin na dobę. Ogromne kamienie noszono z górnego kamieniołomu, zwanego Kastenhofen. Z tymi kamieniami w rękach lub na grzbiecie, popychani i kopani przez kapo uzbrojonych w sękate drągi, musieli biec do położonego niżej, będącego w budowie obozu:„W Gusen warunki były straszne. Obóz był dopiero w trakcie budowy. Wyczerpująca praca w kamieniołomach, głód, wszechobecny brud dawał się mocno we znaki. Ponieważ duchowni rzadko mieli wyuczony zawód, brano nas do najcięższych i najgorszych prac. Plagą była ogromna ilość wszy gnieżdżących się nie tylko w siennikach, ale w niezmienionej tygodniami bieliźnie i odzieży. Znalazłem nawet sposób na walkę z robactwem. Gdy zostałem przeniesiony do komanda Westerplatte, głębokie doły, które kopaliśmy, stały się naszymi świątyniami modlitwy. Razem z nami był ksiądz kanonik Edmund Nowicki - nr obozowy 22032, późniejszy biskup. Opowiadał nam oRzymie. To była chwilowa ucieczka od otaczającej nas okrutnej rzeczywistości. W Gusen nie dano nam czapek, a mieliśmy głowy ogolone na łyso. Kiedy padał deszcz, albo śnieg, to lodowata woda ściekała nam po głowie na szyję za kołnierz. To było straszne. Wtedy odmawialiśmy różaniec i zdarzało się, że słońce „wychodziło za chmur”. Półroczny pobyt w tych nieludzkich warunkach wystarczył, by po moim powrocie do Dachau, księża, koledzy obozowi pytali: „Leoś to Ty?”.

W Gusen komendantem obozu był Niemiec Karl Chmielewski, który nienawidził Polaków. Nocą lubił przychodzić do baraków i bić, często do nieprzytomności. Ksiądz. Leon wspomina: „Komendant upijał się,  a wtedy zamieniał się w bestię, rycząc, z latarką w jednej ręce, biczem w drugiej wchodził do ciemnego baraku, w którym mieszkaliśmy. W koszulach i kalesonach musieliśmy stać na baczność, a on przechodził, bił i ryczał. Kto był mądry, to po pierwszym uderzeniu padał na podłogę i temu dawał spokój. Raz zapomniał, że  był już na  naszym bloku, i znów bicie i ryk, to była okropna noc. Któregoś dnia musieliśmy wykonywać pracę biegiem, z kamieniami, wzdłuż szeregu uzbrojonych w drągi kapo. Tego dnia spośród nas zamordowano w bestialski sposób trzydziestu ośmiu księży. Starałem się unikać ciosów, niestety, jeden z SS - manów uderzył mnie drągiem w głowę, potem drugi, upadłem na kolana, ale pozbierałem się i biegłem dalej.”

Ponieważ niedziela była częściowo dniem wolnym od pracy, wspólnie z braćmi księżmi Ireneuszem i Marianem Szczerkowskimi, ks. Leon Stępniak rozpoczął uczestnictwo duchowe we Mszy Świętej. Każdą wolną chwilę wypełniał modlitwą poranną i wieczorną z brewiarza, którą znał na pamięć. Różaniec towarzyszył mu wszędzie. Z księdzem Leonem Rygusem, współlokatorem dziurawego siennika, odmawiali nowenny: ks. Rygus nowennę do św. Barbary, patronki dobrej śmierci, ks. Stępniak nowennę do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy o łaskę zdrowia, wytrwania i wolności. W krótkim czasie, te nowenny stały się ich wspólnymi modlitwami. Wiara w opatrzność Bożą dawała nadzieję przetrwania „piekła”, jakim było Gusen.

Wyniszczony pracą i głodem ks. Leon z pozostałymi przy życiu księżmi(100) wrócił 8 grudnia 1940 r. do Dachau. Na skutek mozolnych zabiegów Watykanu, Hitler zgodził się na zgromadzenie wszystkich kapłanów w KL Dachau. Po powrocie do Dachau otrzymał nowy numer obozowy 22036 i zamieszkał w bloku 28.W tym bloku zamieszkał w tej samej izbie biskup Michał Kozal.

Początkowo, Ks. Leon Stępniak jak większość księży polskich, pracował w Dachau na tzw. plantacjach. Były to wielohektarowe obszary pól i łąk. Praca tam była bardzo ciężka. Latem, w upalne dni dokuczało górskie słońce, zimą deszcz, mróz i śnieg były nie do zniesienia (bielizny ciepłej nie otrzymywali): „Kiedyś, gdy otrzymałem pieniądze z domu poszedłem do obozowej kanty i tam kupiłem takie flanelowe ściereczki. Przyszyłem do bluzy i wpuściłem w spodnie, było ciepło. Niestety i to przeszkadzało Niemcom, za to samo strasznie zbili jednego z księży, nie chciałem ryzykować, odprułem, wolałem nadal marznąć”. W obozie nie było zwierząt pociągowych,  zastępowali je księża: „Zaprzęgano nas do pługa przy usuwaniu śniegu z obozu, do wozów, do bron i pługa przy uprawie roli, a nawet do wału ugniatającego szosę. Mnie z plantacji z narażeniem życia zabrał kolega z czasów pierwszych klas gimnazjalnych Bolesław Rex i wciągnął do swojego komanda Cartner G.U.Uv I-Verschsgardenerei. Było to w dzień Matki Boskiej Szkaplerznej, 16 lipca 1943 r. Ta zmiana uratowała mi życie. W ogrodzie można było zjeść coś z odpadów, które wyrzucano na kompost. Raz pozwolono nam ugotować zupę z głąbów kapusty i wyrzuconych marnych główek kapust. Zrobiliśmy to w znalezionym na złomowisku garnku, na ognisku zrobionym z cegieł, bez soli bo głód był najlepszą przyprawą”.

Do obowiązków kapłanów należało także noszenie trzy razy dziennie posiłków dla całego obozu. Kotły napełnione kawą lub zupą ważyły około 80 kilogramów. Kto nie mógł udźwignąć kotła był bity i kopany: „Tam były kotły po 50 i 100 litrów. Kotły miały po jednej i po drugiej stronie uchwyty. Jeżeli uchwyty były wyrobione, to dłonie dotykały gorącego kotła, a to bolało. Był czas, że my księża musieliśmy nosić jedzenie obiadowe dla wszystkich baraków, a było nas tysiące więźniów. Każdy kocioł miał wypisany kolejny numer baraku. Trzeba było stanąć obok kotła i jak SS-man krzyknął, to musieliśmy kocioł podnieść i wyjść z nim. Najgorzej mieli ci księża, którym przypadły ostatnie baraki. W kuchni były dwa stopnie cementowe, zdarzały się potknięcia, szczególnie starszych księży, a wtedy wylana kawa lub zupa nie trafiała do baraków, a my byliśmy dotkliwie bici, często do nieprzytomności. Wszystkie te czynności należało wykonywać biegiem, przy krzykach i biciu. My, młodsi księżą staraliśmy się pomagać starszym. Pamiętam nieludzkie pobicie przy noszeniu ciężkich kotłów biskupa Michała Kozala. Już pozbawionego sił, izbowy Willy powalił na podłogę i skopał”.

Głód, towarzyszący od rana do wieczora był jedną z największych udręk, jakie więźniowie przeżywali w Dachau. Racje żywnościowe nie były wystarczające: „Jedliśmy wszystko, co nadawało się do jedzenia, najrozmaitsze trawy, kwiaty, robaki, żaby, zabłąkanego jeża. Nadszedł taki czas, że nie tylko słabsi, chorzy lub starsi księża, umierali z głodu, ale także młodzi. Najgorszy był rok 1942. Staraliśmy się jak tylko to było możliwe w warunkach obozowych organizować jedzenie, dzielić się nim w miarę możliwości. W obozie spotkałem Mariana Baranowskiego, był to młody, siedemnastoletni chłopak, który pochodził z Kębłowa, z mojej pierwszej parafii. Kapo wybrało go do pracy w kuchni. Ten młody chłopak odnalazł mnie i postanowił dokarmiać, także Ks. Wojtka Rychłę oraz Ks. Oblata z Obry. Dzielił się z nami tym co miał, tą obozową porcją i ryzykując życiem wynosił dla nas chleb. Uważano, że spełnia on bardzo dobry, piękny uczynek. Niestety zachorował na tyfus i zmarł. Wiem, że jego pomoc była jednym z darów, dzięki któremu przeżyłem Dachau. Kilka lat po wojnie pojechałem na grób Marysia i odprawiłem w Obrze, gdzie spoczywa, Mszę świętą za jego duszę.” Marian Baranowski w obozie znalazł się w wyniku bójki z niemieckim chłopcem. Ojciec, który był Niemcem, doniósł na Mariana do Gestapo i chłopak został aresztowany. Miał wówczas 17 lat.

 

„Każdego dnia w Dachau modliłem się o przeżycie, jutro oddawałem Bogu”

Ksiądz Leon Stępniak uważał, że przetrwanie w obozie zawdzięcza Matce  Boskiej Nieustającej Pomocy oraz rodzonej Matce, która codziennie z Ojcem i dziewięciorgiem dzieci klękała do wieczornego pacierza i prosiła o szczęśliwy powrót syna z obozu. W pierwszym tygodniu pobytu w obozie przeziębił się, dostał wysokiej gorączki i żadnej pomocy.: „Wtedy rozpocząłem nowennę do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy o łaskę zdrowia, wytrwania, wolności. Modliłem się na palcach, gdyż już pierwszego dnia odebrano nam różańce, medaliki, brewiarze. Oto Matka Boża okazała mi namacalne dowody swojej macierzyńskiej opieki. Moja Matka po przyjęciu przeze mnie I Komunii św. posłała mnie do sąsiedniej parafii, w której przyjmowano do Szkaplerza. 16 lipca w Święto Matki Boskiej Szkaplerznej udało mi się zmienić prace na plantacji na ogrody. Dopomógł mi w tym mój kolega gimnazjalny Rex. Samowolną zmianę pracy można było przypłacić życiem, a mnie ani włos z głowy nie spadł”.  Matce Boskiej Szkaplerznej zawdzięcza, iż nie było Go już na plantacjach, gdy wybierano młodych księży na pseudomedyczne doświadczenia flegmony (ropowica) i malarii. Potem przyszedł czas, że nie tylko tych z plantacji, ale wszystkich polskich duchownych w kolejności alfabetycznej brano na doświadczenia z malarią i ropowicą: „Gdy w styczniu 1943 r. przyszła kolej na literę „S” zachorowałem na tyfus brzuszny. Dzięki pomocy kolegów wyzdrowiałem. Taka jest potęga modlitwy, której umiłowanie wszczepiła mi rodzona Matka. W czwartą rocznicę moich święceń kapłańskich, z narażeniem życia, korzystając z pomocy księży niemieckich wymknąłem się z izolatki „ tajnym przejściem” i wziąłem udział we Mszy Świętej. Po mszy wróciłem szczęśliwie do swojego baraku”.

Listy, które ks. Stępniak  pisał do rodziny są świadectwem jego głębokiej wiary w Boga. Nigdy nie żałował swojego duchowego wyboru, nigdy nie wątpił, pocieszał innych i dodawał otuchy, a jednocześnie wiedział, jak często był bezradny, gdy umierali jego koledzy obozowi. Z listu 23 lipca 1944 r.: „W trudnych momentach przypominam sobie wspólną modlitwę, którą odmawialiśmy w domu. To dodaje mi sił. Bądźcie o mnie spokojni. Czuję się zdrowy i przy pomocy Boga wkrótce się spotkamy”.

Ks. Leon Stępniak do dzisiaj przed snem odmawiamodlitwę, której nauczył się w czasie choroby:

Pobłogosław Panie mój sen, który powierzam Świętej Panience, Jej chcę służyć najlepiej jak umiem. Tej, która jest Matką Pana Naszego i po Nim moją jedyna nadzieją. Mego Anioła Stróża, mojego Patrona, strzegącego mnie tej nocy i w każdej chwili mego życia i w godzinie mojej śmierci. Niech tak się stanie”.

We wrześniu 1941 r. księży polskich pozbawiono uczestnictwa we Mszach św., odprawiali je więc w konspiracji. „Wstawaliśmy wcześnie rano, w naszych izbach, za piecem, jeszcze przed budzeniem całego obozu odprawialiśmy Msze Święte. Ponieważ obowiązywało zaciemnienie, nikt o tym nie wiedział. W przesyłanych od 1943 r. paczkach przemycano nam wino i Hostię, często w wydrążonym bochenku chleba. Nigdy w czasie rewizji nie odkryto tych hostii – przypadek?. Mieliśmy też swój kielich zrobiony przez jednego z więźniów ze znalezionego pocisku artyleryjskiego.. Komunikanty i wino organizowały również komanda, które wychodziły poza obóz”.

 

Wyzwolenie

Dzień 29 kwietnia 1945 r. był dniem ogromnej radości dla więźniów w Dachau. Była niedziela, godzina 17.25, obóz został zdobyty przez niewielki oddział żołnierzy amerykańskich 7 armii generała Pattona. Ksiądz Leon doskonale pamięta ten dzień: „Była piękna, słoneczna niedziela. Modliliśmy się, kiedy nagle usłyszeliśmy odgłosy niewielkiej - jak się okazało - grupy nadchodzących żołnierzy amerykańskich”. Na powitanie żołnierzy wybiegli wszyscy, którzy mogli się poruszać. Słyszało się niemilknącą, różnojęzyczną radość, brawurowe oklaski na cześć żołnierzy amerykańskich. Więźniowie rzucali się sobie w objęcia i całowali wzajemnie. Była to radość po tylu latach męki i udręczenia. Radość była tym większa, gdyż tego samego więźniowie dowiedzieli się, iż z rozkazu Heinricha Himmlera 33 tysiące więźniów miało być zastrzelonych o godzinie 21.00, a obóz ziszczony i spalony. Polscy kapłani mający wielkie nabożeństwo do św. Józefa Kaliskiego złożyli dnia 22 kwietnia 1945 roku ślubowanie o pielgrzymowaniu do Jego sanktuarium w Kaliszu w podzięce za wybawienie. Ci,  którzy przeżyli, uznali wyzwolenie dnia 29 kwietnia 1945 r. „za cud”.

W homilii wygłoszonej w pięćdziesiątą rocznicę wyzwolenia obozu w Dachau, w Kolegiacie św. Jozefa w Kaliszu, ks. Leon Stępniak powiedział: „Dzień dzisiejszy nie może być powodem do oskarżania kogokolwiek, do chcenia odwetu, do rozdrabniania win przeszłości, ale czasem pojednania. Przykład dali nam biskupi polscy (...). Można powiedzieć, że męczeńska śmierć kapłanów stała się zasiewem i wzrostem nowych powołań (...). Nigdy nie należy mówić tylko o wojnie, czy o obozach, ale życie międzyludzkie i międzynarodowe należy  oprzeć na Bożej prawdzie. Trzeba czuwać. Trzeba wzbudzać odpowiedzialność za losy Kościoła i naszej Ojczyzny, zagrożonej ateizmem i coraz bardziej natarczywą propagandą dezinformacji społeczeństwa, zamazywania różnicy miedzy dobrem a złem, prawdą a fałszem, uczciwością a kłamstwem, usuwaniem Boga z różnych dziedzin życia publicznego, zeświecczeniem wychowania i nauczania.

Gdy mija obowiązkowa kwarantanna, nałożona przez aliantów, ks. Leon Stępniak wychodzi z obozu i zgłasza się do pracy w obozach przejściowych tworzonych dla Polaków, byłych więźniów. Przez Księdza Biskupa Józefa  Gawlinę, Ordynariusza dla Polaków w Niemczech, 22 sierpnia 1945 r. został mianowany kapelanem Polaków (3500 osób) w obozie cywilnym w Kolonii-Etzel. Funkcję kapelana pełnił do 30 października 1945 r.

 

Kolonia –Etzel 23.10.1945 r.

Najdrożsi Rodzice i Rodzeństwo!

Wyzwolony z piekła niewoli niemieckiej dnia 29.04.[1945 r.] pisałem do Was kilka razy. Jestem zdrów i pracuję w swoim zawodzie wśród Polaków. W Kolonii. Wkrótce dostaniecie ode mnie list, w którym opiszę Wam moje przeżycia ze stycznia 1945 r. […]Odwiedziłem krewnych w Recklinghausen. Jeden z Polaków, który wyjedzie z transportem do Polski zabierze obszerny list. Jestem ciekawy , co się z Wami dzieje. Opiszcie mi o sobie… .Następnie musicie próbować nowy list napisać do mnie przez Czerwony Krzyż . Wtedy mój adres jest następujący. L. Stępniak Koln Etzel- Kaserne.

 

Tak bardzo tęsknił za powrotem do Polski, że gdy pojawiła się taka możliwość, rezygnuje z pracy duszpasterskiej w Etzel i 1 listopada 1945 r., z grupą 1500 Polaków przekracza granicę Polski. W Szczecinie wita ich orkiestra „Mazurkiem Dąbrowskiego”: po sześciu latach słyszy Hymn Polski! Wzruszenie, radość z powrotu do Ojczyzny, do domu. Ze Szczecina przez Poznań jedzie do Rodziców. Nie zastaje ich  w Bronisławiu, a spotykają się w Zaniemyślu. Ojciec wrócił do pracy w Banku, w którym jeszcze przed wojną był prezesem Rady Nadzorczej. Rodzice potwierdzają, iż wojnę przeżyły siostry i bracia ks. Leona.

 

Służba kapłańska po wojnie

Wraca po obozowych przeżyciach, ale z zapałem do pracy duszpasterskiej. Należy pamiętać, że wrócił do Polski, w której komunistyczny rząd prześladował Kościół katolicki i jego księży, także tych powracających z niewoli, z obozów. Cokolwiek wykraczało poza modlitwę w kościele - pielgrzymki, remonty, użytkowanie salek katechetycznych, budowa świątyń, prowadzenie szkół, zakładów opiekuńczych, musiało mieć zezwolenie funkcjonariuszy partyjnych. On sam nieraz doświadczył, jak trudno być kapłanem w peerelowskiej Polsce. Inwigilowany przez SB nigdy się nie poddał, nie dał się sprowokować, pragnął służyć Bogu i ludziom.

W grudniu 1945 r., Arcybiskup Poznański Walenty Dymek powołuje go z dniem 1 stycznia na wikariusza w Swarzędzu: „To były najpiękniejsze lata mojej posługi kapłańskie. Ludzie doświadczeni wojną, cieszyli się życiem, byli życzliwi. Prowadziłem KSM oraz Koło Młodych Polek." Po prawie czterech latach, z dniem 5 maja 1949 r. obejmuje w zarząd kościół parafialny  w Gieczu i Grodziszczu. To były trudne powojenne lata. Parafia była bez światła elektrycznego, wody, ale młody, pełen zapału odbudowywał to, co zniszczyła wojna. Tutaj, tak jak w Swarzędzu, cały swój czas poświęca pracy duszpasterskiej, szybko nawiązuje kontakt z parafianami, a w ich pamięci pozostał na długie lata jako ten, który zawsze miał czas dla każdego z mieszkańców: „Organizowałem pielgrzymki do Częstochowy, mimo szykan ze strony władz komunistycznych. Jeszcze w Swarzędzu poznałem Pana Hofmana, członka chóru kościelnego przy kościele św. Marcina. On doradził mi jak organizować pielgrzymki do Częstochowy. We wniosku o zezwolenie nie pisać do Częstochowy, ale pisać, że wycieczka do Krakowa, Oświęcimia, Wieliczki - zawsze przez Częstochowę. Wtedy dostawałem zezwolenie. Zdarzało się, że dostawiano wagon tylko dla nas”.

W lipcu 1960 roku zostaje mianowany administratorem parafii św. Wawrzyńca w Wonieściu, w dekanacie kościańskim. Powstanie kościoła pod wezwaniem św. Wawrzyńca datuje się na XIII wiek. Ponieważ chory śmiertelnie Ojciec wymagał stałej opieki, sprowadził w 1960 r. rodziców z Zaniemyśla. Niestety, mimo troskliwej opieki Ojciec zmarł jeszcze tego samego roku. Ukochana Matka Pelagia pod troskliwą opieką syna dożyła sędziwego wieku. Zmarła wiele lat później w wieku 86 lat i została pochowana obok męża na miejscowym cmentarzu.

Po szesnastu latach pracy duszpasterskiej w Wonieściu, z dniem 1 lipca 1976 r. zostaje z nominacji Arcybiskupa Antoniego Baraniaka proboszczem kościoła pod wezwaniem Świętego Ducha w Kościanie. Z powodu zagrażającej życiu choroby, a także z obawy, aby nie zaniedbać obowiązków duszpasterskich, na własną prośbę 15 lutego 1977 r. przechodzi na emeryturę. Jako ksiądz senior otrzymał mieszkanie w Domu Katolickim w Kościanie przy kościele Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej.

A oto słowa Metropolity Poznańskiego, Arcybiskupa Antoniego Baraniaka: „Czynię to z żalem. Przedwcześnie odchodzi bowiem od pracy parafialnej kapłan, który przez wszystkie te lata duszpasterskiej posługi odznaczał się zapałem i pracowitością. Łagodne usposobienie i prawość charakteru jednały czcigodnemu Księdzu serca parafian na placówkach wikariuszowskich w Kębłowie i Swarzędzu oraz na stanowisku proboszcza w Gieczu i Grodziszczku, Wonieściu i Kościanie. (...) Żywa wiara była Księdzu Proboszczowi natchnieniem w wysiłkach duszpasterskich, szczególną zaś stała się mocą w dniach cierpienia w obozie hitlerowskim. (...) Znając Jego gorliwość wiem, iż przy polepszeniu zdrowia będzie w miarę sił służył pomocą kapłanom kościańskim.”  Tak też czyni do dnia dzisiejszego. Swoją wielką duszpasterską pomoc i życzliwość przeniósł także na parafię św. Stanisława Kostki w Szczecinie”.

W każdą rocznicę wyzwolenia KL Dachau brał udział w pielgrzymce do Kalisza, do św. Jozefa lub do byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego. W sierpniu 1978 r. pielgrzymował do Lourdes, by podziękować Matce Boskiej za szczęśliwą operację i całkowite wyzdrowienie.

W dniach od 19 - 27 sierpnia 1990 r. odbyła się z inicjatywy ks. Leona Stępniaka oraz Kustosza Sanktuarium Św. Józefa w Kaliszu, ks. Jacka Ploty pielgrzymka kapłanów, byłych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych do Sanktuarium Matki Bożej Ostrobramskiej w Wilnie oraz do mogił oficerów polskich w Katyniu. Celem pielgrzymki były mogiły polskich oficerów w lesie katyńskim. Wczesnym rankiem autokarem dojechali do stacji kolejowej Gniezdowo. Tutaj przywożono koleją naszych polskich oficerów. Stąd więziennymi samochodami transportowano ich na miejsce kaźni. Tego, że będą ginąć nie spodziewali się. Wierzyli, że jadą do domów rodzinnych. Związanych sznurami lub drutem kolczastym, mordowano strzałem w tył głowy: „Do symbolicznych mogił idziemy z modlitwą na ustach. Zbliżamy się do tego cmentarza głęboko wzruszeni i przejęci. Pod krzyżem przysłanym z Polski przez ks. Kard. Józefa Glempa ustawiamy płonące znicze, składamy kwiaty. Rozpoczyna się Eucharystia na płycie nagrobnej. Ołtarza nikt nie postawił. Ksiądz Roman Zientarski – były więzień Dachau przypomniał: <17 września 1939 r. Armia Czerwona bez wypowiedzenia wojny, zajmowała ziemie polskie i brała w niewolę żołnierzy polskich, przygotowujących się do obrony przed Niemcami. W niewoli oddzielono oficerów od szeregowych żołnierzy. Elitę przeznaczyli Sowieci nawyniszczenie. Znowu przypomina się Kaplica „Śmiertelnego Łęku Chrystusa”, która stoi tam, gdzie zginął co drugi uwięziony kapłan i co trzeci uwieziony Polak świecki. Ta kaplica w Dachau uświadamia nam strach śmiertelny, przeżywany tu przez pomordowanych oficerów. Lepiej rozumiemy mękę naszych braci Polaków i słyszymy krzyk ginących <Ojcze w Twoje ręce oddaję ducha mego>. Wstrząśnięci, opuszczamy to uświęcone miejsce. Idziemy bez słów”.

Z dniem 1 stycznia 1997 r. ks. Arcybiskup Marian Przykucki, metropolita szczecińsko-kamieński, mianował ks. Leona Stępniaka Kanonikiem Honorowym Świętej  Kapituły Kolegiackiej  p.w. NMP Królowej Świata w Stargardzie Szczecińskim. W tym samym roku został mianowany Kanonikiem Honorowym Kapituły Katedralnej w Poznaniu.

W październiku 2004 roku kapituła „Wiadomości Kościańskich” wręczyła ks. Leonowi Stępniakowi nagrodę „Za serce”,  a w 2005 r. nadano Mu tytuł Honorowego Obywatela Śmigla.

Ksiądz Leon Stępniak nie zapomina także o czasach swojej posługi kapłańskiej na Ziemi Średzkiej. W 2005 r. wziął udział w uroczystości nadania w Dominowie imienia Jana Pawła II, a w 2009 r. w ramach obchodów 70-lecia swych święceń odwiedził także wszystkie parafie, w których niegdyś pracował, m.in. Giecz, gdzie odprawił Mszę św.

Jako wiceprzewodniczący „Komitetu Księży byłych Więźniów Niemieckiego Obozu Koncentracyjnego Dachau” rejestrował każdy zgon b. współwięźniów, zmianę adresów, zbierał od księży dane z pobytu w Dachau -  księży zobowiązano do przekazania swoich danych personalnych do zbiorów kartoteki więźniów obozu koncentracyjnego w Dachau na dostarczonych przez Komitet formularzach; przygotowywał spotkania, uroczystości, zajmował się organizowaniem pomocy medycznej( sprowadzał leki z zagranicy, aparaty słuchowe, okulary), współpracował  z Komitetem św. Maxymiliana Kolbe (Maxymilian Kolbe Werk) wPoznaniu. W 1990 r.  z księdzem Władysławem Sarnikiem został członkiem „Komitetu do Stacji XV Drogi Krzyżowej poświeconej Martyrologii Duchowieństwa Polskiego” wznoszonej przed Kościołem św. Maksymiliana Kolbe w Koninie. Bral udział w przygotowaniach do odsłonięcia Pomnika „Polska Droga Krzyżowa” której Stacje upamiętniły Katyń, Żołnierzy AK, Harcerzy, Strażaków…Stacja XV to stacja duchowieństwa polskiego. Oto jej przesłanie: „Gdy już nie będzie obozów, ofiarna miłość względem Kościoła i Ojczyzny zawsze obowiązywać będzie”.

 

Księża, byli więźniowie KL Dachau byli inicjatorami wielu uroczystości upamiętniających martyrologie duchowieństwa polskiego w czasie II wojny światowej: 29/30 kwietnia 1990 r. w 45 rocznicę oswobodzenia Dachu w Kaliszu w Kolegiacie św. Józefa zgromadziło się 86 duchownych, byłych więźniów hitlerowskich obozów zagłady, a wśród nich: ks. biskup Ignacy Jeż, ks. biskup Kazimierz Majdański

Ks. Leon przez wiele lat był wiceprzewodniczącym Biuletynu Informacyjnego dla Księży b. Więźniów Dachau (przewodniczącym był śp. ks. Biskup Ignacy Jeż). Pierwszy egzemplarz w formie maszynopisu ukazał się w 1970 r. Prowadził niezwykle bogatą korespondencję z byłymi więźniami Dachau: śp. misjonarzem Kardynałem Adamem Kozłowieckim z Zambii, śp. misjonarzem ks. Marianem Żelazkiem w Purri (Indie), śp. ks. Miłką – misjonarzem w Japonii. Zawsze służył pomocą b. współwięźniom; organizował pomoc lekarską, materialną, spotkania,  wspierał finansowo, spotkania, Redagowany był z własnych składek i do 1989 r. nielegalnie. Ostatni numer Biuletynu ukazał się w 2007 r. Zabrakło tych, dla których był redagowany – kapłanów, więźniów KL Dachau. W dniu wyświęcenia w 1939 r. było ich 39, w Dachau zostało uwięzionych 26, zginęło 10, 2 Niemcy rozstrzelali, 1 zmarł na zapalenie płuc. To był wyjątkowy rocznik seminaryjny. Rocznik przyjmowany przez wspomnianego rektora Michała Kozala. Po wojnie spotykali się co 10 lat, w rocznicę święceń kapłańskich. Trzeciego czerwca 2009 r. był już ostatnim z kursantów. Pozostawił bogaty zbiór archiwalny z lat 1926-2013 r., zachował wszystkie listy pisane z Dachu i do Dachau, wszystkie numery Biuletynów, książki związane z tematyką obozową.

Jeszcze do wiosny 2011 r. w każdą niedzielę, gdy pozwalało mu na to zdrowie, o godzinie 13.00 celebrował Mszę św. w  kościele Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej w Kościanie, gdy choroba na to nie pozwalał, w ostatnich miesiącach celebrował Mszę św. w swoim mieszkaniu. Pomimo przeżyć obozowych i trudnych okresów swego życia, ks. Leon Stępniak zachował pogodę ducha i wiarę w człowieka. Urzekał ludzi fantastyczną pamięcią, wielką duchowością i promieniującym dobrem. Czasy dominacji komunistycznej wymagały szczególnej wrażliwości i mądrości, aby polski Kościół mógł wypełniać swoje posłannictwo religijne i duchowe. W tamtych trudnych czasach był kapłanem odważnym, ale i roztropnym, potrafiącym dobrze odczuwać religijne potrzeby parafian. Kiedy nastał czas nowej, demokratycznej Polski, zawsze podkreślałeś, że nasz kraj musi wciąż trwać przy wartościach, które stanowią  o sile rodziny i naszej wspólnocie narodowej. Jednak, jak to chcę podkreślić, nigdy swoich głęboko przemyślanych poglądów nie narzucałeś innym, nie pouczałeś z poczuciem wyższości, do której miałeś moralne prawo, ale starałeś się wniknąć w całą złożoność ludzkiej natury, czasami grzesznej, czasami zagubionej.

Z Testamentu: „Wszystko w życiu rozpoczynałem modlitwą do Ducha Świętego a w ważniejszych sprawach nowenną do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy.(…)Dziękuję Panu Bogu za kochanych rodziców, za dziewięcioro młodszego rodzeństwa, za niezasłużony dar kapłaństwa, szczególnie za orędownictwo Matki Boskiej i Św. Jozefa, za ocalenie z obozu koncentracyjnego Dachau(…). Dziękuję Dobremu Bogu za dar silnej Wiary. Dlatego nawet w najcięższych chwilach udręki obozowej nie zhańbiłem godności polskiego kapłana i nigdy nie zrodziła się myśl żałowania, że zostałem kapłanem”.

 

Pamięć o gehennie polskich kapłanów :

20 sierpnia 1972 r. na zewnętrznej ścianie kaplicy "Śmiertelnego Lęku Pana Jezusa", znajdującej się na terenie byłego obozu koncentracyjnego, księża polscy, byli więźniowie Dachau- także ks. Leon Stępniak - z biskupami Kazimierzem Majdańskim i Ignacym Jeżem, umieścili tablicę pamiątkową z napisem w języku polskim:

Tu, w Dachau co trzeci zamęczony był Polakiem Co drugi z więzionych tu Księży Polskich złożył ofiarę z życia. Ich Świętą pamięć czczą Księża Polscy – Współwięźniowie."

 

Potrzeba przypomnienia przeżyć księży polskich, ofiar obozu w KL Dachau jest tym bardziej uzasadniona, gdyż dopiero w 2000 r. udostępniono publiczności więzienie obozowe, a w 2002 i 2003 r. otwarto ostatnią część Muzeum KL Dachau, ukazującą rozwój obozu od 1933 r. do jego wyzwolenia w 1945 r.

Uroczysty charakter miały obchody 65 rocznicy wyzwolenia KL Dachau. W ich ramach odbyła się m. in. na terenie b. KL Dachau 13-15 maja 2010 r. uroczysta sesja naukowa, podczas której zaprezentowałam także życiorys księdza Leona Stępniaka. Jego przeżycia obozowe zostały wpisane do znajdującej się na terenie obozu „Księgi Pamięci-Imiona zamiast Numerów”.

Pytany czy przebaczył swoim oprawcom odpowiadał, że tak. wybaczyłem, ale nie zapomniałem. Ocalałem, by spełnić testament tych, którzy zgięli w Dachau a którzy mówili: „Ci, którzy wyjdziecie stad żywi, mówcie i piszcie o tym co oni z nami tutaj robili” .I tak też czynił. By nie zapomnieć i nigdy więcej.

W liście w 70. rocznicę święceń kapłańskich J.E.Ks. Arcybiskup Metropolita Poznański ks. Stanisław Gądecki pisze: „Doświadczyłeś niezwykłej łaski Bożej(…) Gdy  w życiu Księdza kanonika uwzględni się udrękę obozu koncentracyjnego i obecna radość długich lat aktywnej pracy duszpasterskiej i optymizmu Księdza Kanonika, nie można nie odczytać inaczej jak tylko jako <znak nadziei dany nam przez Boga>. Powtarzać można za Psalmistą: „Stało się to przez Pana i jest cudem w naszych oczach”(Ps. 118, 23).

 

Anna Jagodzińska

st. kustosz BUiAD

IPN-KŚZpNP

Pierwsze Czwartki u Św. Józefa